Uncategorized

ZAGINĘŁY W TATRACH… PO 5 LATACH PRAWDA WYSZŁA NA JAW W WAGONIKU!

Reszta

O wpół do dwunastej zadzwoniła na kwaterę. Jadwiga Król powiedziała, że dziewczyny nie wróciły, a kolacja stoi na stole od 19:00. 20 minut później gospodyni zadzwoniła do Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Dyżurny ratownik zapytał o trasę. Wiedziała tylko tyle, że wjechały na Kasprowy i szły na Czerwone Wierchy, i że jedna napisała do matki, że wracają.

To jedno słowo ustawiło całą noc. Jeśli wracały, to na Kasprowy, na wschód, tam, skąd przyszły. W zamieci dwóch ratowników przeszło grań od Kasprowego w stronę Kopy Kondrackiej, tak daleko, jak pozwolił wiatr. Świecili czołówkami w żleby i wołali. Wrócili nad ranem z niczym.

W niedzielę Tatry obudziły się pod 40 cm świeżego śniegu. Trzeci stopień zagrożenia lawinowego. Śmigłowiec do południa stał na ziemi, bo chmury leżały na grani. W góry weszło 60 ratowników i przewodników z psami. Grzbiet jest granicą państwa, więc południowe stoki przeszukiwali słowaccy ratownicy górscy. Po południu dojechali z Wrocławia Ryszard Nowik i Irena Sikora. Ryszard prowadził 6 godzin i ani razu się nie zatrzymał. Irena przez całą drogę trzymała telefon na kolanach ekranem do góry.

Wieczorem na słupach w Zakopanem, na przystankach i w schroniskach zawisły pierwsze ogłoszenia. Agata ze zdjęcia do legitymacji studenckiej. Julia z urodzin w papierowej koronie. Nikt ich nie widział. Nikt poza jednym człowiekiem.

W poniedziałek 16 października o 8:10 do Komendy Powiatowej Policji w Zakopanem wszedł starszy mężczyzna w wełnianej marynarce. Nikt go nie wzywał. Przyszedł sam i powiedział dyżurnemu, że w sobotę był na Kasprowym i widział dwie dziewczyny z ogłoszenia. Jego zeznanie trwało 8 minut. Protokolant zmieścił je na jednej stronie.

Widział je około 11:00 przy szczycie. Szły na wschód, w stronę Świnicy i Zawratu, na drugą stronę Kasprowego. Przez następne pięć dni cała akcja poszukiwawcza szła tam, gdzie wskazała ta jedna strona.

5 lat i 5 miesięcy później, w lutym 2006 roku, Leszek Wróbel z Nowego Sącza szukał wagonika, który według wszystkich dokumentów nie istniał. 44 lata, elektryk z elektrociepłowni. Od dzieciństwa zbierał wszystko o kolejach linowych: bilety, plakaty, śruby z demontażu, zdjęcia. Na 15 marca, na 70. urodziny kolejki na Kasprowy, przygotowywał z kolegami małą wystawę w Zakopanem. Brakowało mu jednego eksponatu — przedwojennego wagonika.

Przedwojenne wagoniki zjechały z liny w 61 roku. Dwa zezłomowano, dwa sprzedano prywatnym osobom jako altany do ogrodów. Gdzie trafiły, nikt dokładnie nie zapisał. Wróbel przez trzy tygodnie przeglądał w bibliotece roczniki lokalnego tygodnika. W numerze z lipca 78 roku znalazł zdjęcie z podpisem: “Altana, która jeździła na Kasprowy”. Zaokrąglony dach, nity, schodki z desek. Na schodkach mała dziewczynka w sukience w kratkę. Podpis podawał nazwisko rodziny i przysiółek w Kościelisku.

W sobotę 11 marca Wróbel pojechał pod ten adres. Szutrowa droga kończyła się pod lasem. Ostatni dom, drewniany z kamienną podmurówką. Do najbliższych sąsiadów 400 m. Przy furtce stał starszy mężczyzna, wysoki, w wełnianej marynarce. Wróbel przedstawił się i zapytał o wagonik. Mężczyzna odpowiedział, że wagonika nie ma, że poszedł na złom w 80 roku. Nie zaprosił go do środka.

Wróbel zeznał później: “Powiedział to za szybko, jakby na to pytanie czekał od lat i miał odpowiedź gotową. Kolekcjonerzy znają ten ton. Ktoś nie chce sprzedać, więc mówi, że rzeczy nie ma.” Wróbel odjechał, ale tylko do zakrętu. Obszedł posesję skrajem lasu i stanął 120 m za sadem. Miał ze sobą aparat z długim obiektywem. Między świerkami, pod dachem z blachy, stał wagonik. Zaokrąglony dach, nity, te same schodki z desek, co na zdjęciu sprzed 28 lat.

17:40. Zmierzch. Wróbel zrobił 14 zdjęć i pojechał do domu, zadowolony. Wagonik istniał, właściciel po prostu kłamał. Obejrzał te zdjęcia w niedzielę wieczorem na komputerze w powiększeniu. Szyby wagonika były czarne, wszystkie. Drzwi spinał łańcuch z nową, błyszczącą kłódką. Z dachu wystawała cienka rura, a blacha wokół niej była okopcona.

Na zdjęciu numer 9 w jednej z czarnych szyb świecił mały, żółty punkt. Okrągły, jak światło przez dziurkę. Na zdjęciu 10 punktu nie było. Na 11 był znowu. Ktoś w środku zasłaniał i odsłaniał to światło. Kto pali lampę w wagoniku, który od 26 lat ma leżeć na złomowisku? I po co komu kłódka od zewnątrz na altanie z grabiami?

W poniedziałek rano Wróbel zadzwonił na policję w Zakopanem. Dyżurny wysłuchał go do połowy: “Pan zgłasza, że ktoś ma lampę w altanie?” Rozmowę przejęła aspirant Beata Zych. 31 lat, 10 lat służby. W październiku 2000 roku to ona, jako młoda posterunkowa, przepisywała na maszynie zgłoszenie zaginięcia Julii Sikory, kiedy jej matka siedziała po drugiej stronie biurka.

Od tamtej pory w szufladzie jej biurka leżało ogłoszenie z dwiema twarzami. Nie umiała go wyrzucić. Nie połączyła jeszcze tych dwóch spraw. Poprosiła tylko, żeby Wróbel przesłał jej zdjęcia. Patrzyła na nie długo. Kłódka od zewnątrz, komin, światło, które ktoś zasłania. Jej zdaniem ktoś był w tym wagoniku zamknięty.

We wtorek 14 marca pojechała do Kościeliska z drugim policjantem. Właściciel otworzył furtkę, spokojny, uprzejmy. Powiedział, że w wagoniku trzyma paszę dla kur, a klucz od kłódki gdzieś mu się zapodział. Zaproponował, żeby przyszli, kiedy go znajdzie. Beata Zych zauważyła dwie rzeczy: wydeptaną w śniegu ścieżkę od tylnych drzwi domu do wagonika i to, że kur w obejściu nie było.

Wróciła na komendę i jeszcze tego samego wieczoru poprosiła prokuratora o postanowienie o przeszukaniu. Do rana przy wjeździe na szutrową drogę stał nieoznakowany samochód. Nikt nie wjechał, nikt nie wyjechał. W środę 15 marca kolej na Kasprowy obchodziła 70. urodziny. Tego ranka o 9:20 policja weszła na posesję w Kościelisku.

Domu nikt nie otworzył, samochodu nie było. Łańcuch na drzwiach wagonika przecięto nożycami do metalu. To, co zobaczyli w środku, Beata Zych opisała w notatce służbowej w dziewięciu zdaniach. Później mówiła, że każde z nich pisała po kilka razy. W środku było zimno i ciemno. Pachniało naftą, stęchłą wełną i czymś słodkawym.

Wzdłuż ścian stały dwie drewniane ławki. Szyby od wewnątrz pokrywała gruba warstwa czarnej farby olejnej. W jednej, od strony gór, farba była wydrapana w kółko wielkości monety. Przez to kółko wpadało do środka jedyne dzienne światło. Na ławce, pod trzema kocami, siedziała kobieta. Długie, zbite włosy, skóra biała jak papier. Zasłoniła oczy przed latarką.

Kolana miała podciągnięte pod brodę. Od lewej kostki do ramy ławki biegł krótki łańcuch. Beata Zych zapytała ją, jak się nazywa. “Agata Nowik”. Aspirant powiedziała później, że w tej sekundzie zobaczyła biurko sprzed 5 lat i kobietę, która dyktowała jej rysopis córki. A potem kobieta na ławce zadała pytanie, na które nikt w wagoniku nie umiał odpowiedzieć:

“Czy Julia jeszcze śpi?”

Strażacy przecięli łańcuch i wynieśli ją na noszach. Nie mogła iść. Nie mogła nawet wyprostować nóg. Ważyła 38 kg. W szpitalu w Zakopanem lekarz dyżurny wpisał do karty: przykurcze zgięciowe obu stawów kolanowych, zaawansowany zanik mięśni kończyn dolnych i skrajny niedobór witaminy D. Wieczorem przewieziono ją do Krakowa.

Kolana Agaty Nowik od lat nie były wyprostowane. Mięśnie, które miały je prostować, prawie zanikły. W domu przeszukanie trwało do wieczora. W szafie, w pokoju na piętrze, pod stertą męskich swetrów leżał czerwony plecak. W bocznej kieszeni, w foliowej koszulce, był formularz zgłoszeniowy na kurs przewodnika tatrzańskiego, wypełniony do połowy.

Obok plecaka leżał mały aparat kompaktowy, w środku wciąż była klisza. Beata Zych położyła ten formularz na stole prokuratora o 21:00. Potem zeszła do archiwum. Teczka z 2000 roku była gruba. Protokoły ratowników, bilingi, mapy z zakreślonymi sektorami i jedna strona, którą Beata pamiętała. Zeznanie świadka z poniedziałku 16 października.

“Około 11:00 przy szczycie Kasprowego szły na wschód”. Na dole strony był podpis: Józef Hucik. To samo nazwisko wisiało na skrzynce pocztowej przy furtce w Kościelisku.

Zanim pójdziemy dalej, jedna prośba. Jeśli ta historia was trzyma, subskrybujcie kanał, włączcie dzwonek i zostawcie łapkę. Napiszcie też w komentarzu, czy słyszeliście o podobnych zaginięciach w Tatrach. Algorytm YouTube’a pokazuje film dalej właśnie dzięki takim reakcjom, więc każda z nich sprawia, że ta sprawa trafi do kolejnych osób. Dziękuję.

Wracamy do Kościeliska. Józefa Hucika zatrzymano tego samego dnia, 15 marca, o 15:10. Nie uciekał. Siedział na ławce przy grobie na cmentarzu parafialnym w Kościelisku z termosem w ręku. Na nagrobku było jedno imię: Maria Hucik (1967-1986). Kiedy podeszło do niego dwóch policjantów, wstał, zakręcił termos i wyciągnął ręce. W notatce zatrzymania zapisano jedno zdanie, które wtedy wypowiedział: “Wiedziałem, że dzisiaj przyjdziecie”.

A w radiowozie zadał jedno pytanie: “Czy ona jest ciepło ubrana?” Kim był człowiek, który przez 5 lat trzymał Agatę Nowik w wagoniku w swoim sadzie? Na to pytanie w Kościelisku odpowiadano tak samo, i to było najgorsze: “Pan Józek z kolejki”. Urodził się w 38 roku, w domu pod lasem, w którym mieszkał do końca.

Jego ojciec Wojciech Hucik w 35. roku budował kolej na Kasprowy. Całą inwestycję zamknięto wtedy w rekordowe 227 dni. A Wojciech przez całe życie opowiadał, że każdą podporę na Myślenickich Turniach nosił na własnych plecach. Kiedy w 61. przedwojenne wagoniki poszły na sprzedaż, kupił jeden i postawił go w sadzie jako altanę, jako pamiątkę.

Józef w 62. roku został konduktorem na kolejce. Pracował 36 lat, do emerytury w 98. Przez te lata wjechało z nim na Kasprowy kilkaset tysięcy ludzi. Znali go przewodnicy, ratownicy, kasjerki. Nie pił. Nie miał ani jednego wpisu w policyjnych kartotekach. W niedzielę śpiewał w chórze. Żona odeszła od niego pod koniec lat 80.

Sąsiedzi mówili, że po czymś, o czym w domu Hucików się nie rozmawiało. “Gdyby mi pani powiedziała, że to on, zapytałabym, czy pani zdrowa” – zeznała kobieta z najbliższego domu. Mieszkała 400 metrów od wagonika od 30 lat. Tej nocy aspirant Beata Zych i prokurator Adam Rola z Prokuratury Rejonowej w Zakopanem przeczytali całą teczkę z 2000 roku jeszcze raz, strona po stronie, tym razem wiedząc, kto ją współtworzył.

Zeznanie Hucika z 16 października było krótkie, ale nie było ogólnikowe, i właśnie dlatego wtedy mu uwierzono. Opisał dziewczyny dokładniej niż ogłoszenie: wyższa w zielonej kurtce z czerwonym plecakiem, niższa w żółtej, z kapturem na głowie, z rękami w rękawach. Zgadzało się wszystko, co potwierdziły potem obie rodziny.

Doświadczony konduktor, 36 lat patrzenia na turystów, ktoś, kto zna każdą ścieżkę wokół Kasprowego. Taki świadek się nie myli. Opisał je tak dokładnie, bo widział je z bliska. Tylko nie o 11:00 i nie na wschodzie. Od 16 do 20 października akcja poszukiwawcza przeniosła się na drugą stronę Kasprowego. Świnica, Zawrat, Kozi Wierch, żleby nad Doliną Gąsienicową, Dolina Pięciu Stawów.

To najbardziej wypadkowy rejon polskich Tatr i ratownicy znali tam każde miejsce, w którym ktoś kiedyś spadł. Sprawdzali je po kolei. Po pas w świeżym śniegu, przy trzecim stopniu zagrożenia lawinowego, z psami, które co chwilę traciły trop. Śmigłowiec latał, kiedy tylko chmury podnosiły się na godzinę.

20 października mgła zeszła z grani. Kierownik akcji zdecydował się przerzucić ludzi na zachód, na Czerwone Wierchy, tam, gdzie dziewczyny miały iść od początku. Było już za późno na ślady. Na grzbiecie leżało 60 cm śniegu. Ratownicy przeszli grań od Kopy Kondrackiej do Ciemniaka. Zjechali na linach do kilku żlebów po północnej stronie.

Sprawdzili otwory jaskiń w masywie Małołączniaka. Ktoś w sztabie przypomniał sobie o starych, sowieckich sztolniach uranowych w Dolinie Białego. Poszli i tam. Obie kraty były nietknięte. Irena Sikora przez te dni mieszkała na kwaterze u Jadwigi Król. Rano chodziła do sztabu, wieczorem obchodziła Zakopane i poprawiała ogłoszenia, które zerwał wiatr.

Gospodyni zeznała, że przez 11 nocy nie słyszała, żeby Irena choć raz zgasiła światło. 26 października akcję zawieszono. 12 dni, ponad 200 ludzi, kilkadziesiąt godzin lotu śmigłowca. Nie znaleziono niczego. Ani rękawiczki, ani opakowania po batonie, ani śladu na śniegu. W marcu 2001 roku prokuratura umorzyła postępowanie w sprawie zaginięcia.

W uzasadnieniu napisano, że najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest wypadek w terenie wysokogórskim i że ciała zostaną odnalezione po stopnieniu śniegu. Śnieg topniał pięć razy, ciał nie odnaleziono. Czy ktoś w tamtym śledztwie mógł zauważyć, że coś jest nie tak? Prokurator Rola zadał sobie to pytanie tamtej nocy.

Odpowiedź znalazł o 3:00 nad ranem na samym końcu teczki. Były tam bilingi obu telefonów, które operator przysłał dopiero w listopadzie, już po zawieszeniu akcji. Telefon Agaty ostatni raz zalogował się do sieci o 10:30 na Kasprowym i zamilkł na zawsze. Telefon Julii po wiadomości do matki o 13:12 milczał przez 10 godzin, a potem o 23:40 zalogował się jeszcze raz na 40 sekund.

Do stacji bazowej w Kirach, na dole, u wylotu Doliny Kościeliskiej. Obok tej linijki ktoś w 2000 roku dopisał ołówkiem cztery słowa: “odbicie sygnału, bez znaczenia”. W górach to się zdarza. Telefon ze szczytu potrafi złapać nadajnik oddalony o kilkanaście kilometrów, jeśli sygnał odbije się od skał.

Tak to wtedy wytłumaczono i sprawę zamknięto. Tylko że przez 10 godzin ten telefon nie złapał żadnego nadajnika, ani bliskiego, ani dalekiego. Złapał dopiero ten jeden. W dolinie, w środku nocy, kiedy na grzbiecie szalała zamieć. Stacja bazowa w Kirach stała 900 m od domu Józefa Hucika. Agatę Nowik przesłuchano po raz pierwszy 20 marca 2006 roku w szpitalu w Krakowie.

Leżała z nogami w szynach, które co kilka godzin prostowano o jeden stopień. Przesłuchanie trwało 4 godziny z przerwami, bo kilka razy nie mogła mówić. To, co wiemy o pierwszych dniach w wagoniku, pochodzi z tego protokołu i z jej zeznań przed sądem rok później. Zaczęło się od jednego słowa, tego samego, które Julia napisała do matki.

Według Agaty mgła złapała je tuż za Małołączniakiem. Julia chciała wracać, stąd ta wiadomość: “Wracamy”. Agata uważała, że powrót na Kasprowy to trzy godziny pod wiatr, a zejście przez Ciemniak do Doliny Kościeliskiej to połowa tego. “W dół jest bliżej”, powiedziała Julia się zgodziła. “To ja ją przekonałam. Ja zdecydowałam, że idziemy dalej” – powiedziała Agata prokuratorowi. To zdanie powtórzyła w protokole trzy razy. Za Krzesanicą straciły szlak. Paliki i kopczyki zniknęły pod mokrym śniegiem, a grzbiet we mgle rozlał się w szerokie, łagodne zbocze. Szły w dół, bo w dół wydawało się bezpiecznie. Trawa zamieniła się w piarg, piarg w skalny żleb.

Około 15:00 Julia pośliznęła się na oblodzonej płycie i zjechała kilkanaście metrów. Kiedy Agata do niej zeszła, Julia siedziała w śniegu i patrzyła na swoją lewą nogę. Nogawka była rozerwana. Pod kolanem przez skórę wychodziła kość. Otwarte złamanie podudzia. Julia, studentka piątego roku farmacji, nazwała je po imieniu, zanim Agata zdążyła cokolwiek powiedzieć.

Agata próbowała dzwonić. Jej telefon nie miał zasięgu i po kwadransie w zimnie padła bateria. Telefon Julii też milczał. Wołały. Wiatr zabierał głos kilka metrów od ust. Około 17:00 zaczęło się ściemniać i wtedy Agata zobaczyła światło. Nad nimi, w żlebie, powoli schodziło w dół małe czerwone światełko. Nie czołówka. Coś, co mrugało.

Kiedy podeszło bliżej, zobaczyła, że to znicz w szklanej osłonce, niesiony w ręku. Za zniczem szedł wysoki mężczyzna w wełnianej marynarce pod kurtką. Czy ktoś w tamtym żlebie o zmroku, w zamieci, mógł uwierzyć w coś innego niż cud? Mężczyzna obejrzał nogę Julii przy latarce.

Powiedział, że zna te góry lepiej niż ratownicy, że na śmigłowiec w takiej pogodzie nie ma co liczyć i że zniesie je sam. Rozciął swój szalik i usztywnił Julii nogę kijem. Potem wziął ją na plecy. Schodzili prawie 7 godzin. Mężczyzna niósł Julię po kilkadziesiąt metrów. Odpoczywał, niósł dalej. Agata szła za nim, trzymając znicz.

Julia na jego plecach najpierw płakała, potem przestała. Nie szli żadnym szlakiem. Agata pamięta strumień, las, jakiś drewniany mostek, i że ani razu nie spotkali człowieka. Przed północą weszli w sad. Mężczyzna otworzył drzwi czegoś, co Agata w ciemności wzięła za szopę. Kiedy zapalił lampę naftową, zobaczyła drewniane ławki, szyby i nity.

Wagonik taki, jaki znała ze starych zdjęć w albumie dziadków. Posadził Julię na ławce i zapalił piecyk. W ciepłym wnętrzu telefon Julii na chwilę ożył. Agata zobaczyła jedną kreskę zasięgu i zaczęła wybierać numer ratunkowy. Mężczyzna wyjął jej telefon z ręki. Spokojnie powiedział, że rano sam zadzwoni po karetkę, bo w nocy do tego domu nikt nie dojedzie. Teraz trzeba ją ogrzać.

Była 23:40, 40 sekund. Te, które ktoś w 2000 roku uznał za odbicie sygnału. Rano karetka nie przyjechała, ani następnego dnia. Józef Hucik przynosił bandaże, gotowaną wodę, spirytus, tabletki przeciwbólowe. Przemywał ranę. Był troskliwy, mówi Agata, i to było najgorsze, bo nie umiała się go bać. Kiedy prosiła o lekarza, odpowiadał, że jutro. A trzeciego dnia powiedział coś, co Agata pamięta słowo w słowo: że szuka ich całe Zakopane, że jak przyjdzie policja, pierwsze pytanie będzie takie – kto ją tam zaprowadził?

Że to Agata wybrała trasę. Że to Agata powiedziała: “W dół jest bliżej”. Drzwi wagonika od tamtej pory zamykał od zewnątrz, mówił, że przed wiatrem. Piątego dnia Julia dostała wysokiej gorączki. Z rany zaczęło czuć słodkawy zapach. Julia wiedziała, co to znaczy. Według zeznań Agaty powiedziała jej wtedy spokojnie, prawie szeptem, że to zakażenie i że bez szpitala nie wyjdzie z tego.

Szóstego dnia Agata próbowała wyważyć drzwi ramieniem. Siódmego przestała, bo Julia prosiła, żeby nie krzyczała, bo ją to boli. Dziewiątego dnia, 23 października, rano Julia nie odpowiedziała. Leżała na drugiej ławce pod kocem, twarzą do ściany. Agata wołała ją przez kilka minut. Potem przyszedł on, stanął nad Julią, dotknął jej czoła i powiedział: “Śpij, nie budź jej”.

Owinął ją kocem i wyniósł. Wieczorem wrócił sam i powiedział, że zawiózł ją do znajomego lekarza, który nie zadaje pytań, że Julia śpi i będzie spać długo, że wszystko będzie dobrze. Agata nie wiedziała, czy w to wierzy. Wiedziała, że musi. W protokole z 20 marca prokurator Rola zapisał po tym fragmencie godzinę przerwy.

Tego samego popołudnia poprosił Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe o archiwalne raporty z akcji, w których zginęła osoba o nazwisku Hucik. Nie wiedział jeszcze, czego szuka. Wiedział tylko, że człowiek, który ją niósł, szedł tamtego wieczoru w dół żlebem ze zniczem w ręku. Po co komuś znicz na grani w zamieci o zmroku?

Raport przyszedł następnego dnia. Jedna strona, pisana na maszynie. Maria Hucik, lat 19, wyszła sama na Czerwone Wierchy i nie wróciła. Mgła, pierwszy śnieg. Odnaleziona martwa czwartego dnia poszukiwań w żlebie poniżej Ciemniaka, 300 m od szlaku. Data zaginięcia: 14 października 1986 roku. 14 lat, co do dnia, przed Agatą i Julią. Ten sam grzbiet, ten sam żleb.

Józef Hucik nie znalazł ich tamtego wieczoru przypadkiem. Szedł do miejsca, w którym zginęła jego córka. 22 marca na posesję w Kościelisku wjechał georadar. Operator przeszedł sad pasami co metr. Pod samym wagonikiem, między betonowymi blokami, ekran pokazał prostokątną anomalię. Głębokość 1,40 m. 23 marca do sadu w Kościelisku wjechał dźwig.

Wagonik, który przez 45 lat stał na betonowych blokach, podniesiono na pasach i odstawiono na bok. Pod nim była ziemia ubita płasko, bez jednego chwastu, jakby ktoś regularnie ją zamiatał. Technicy kryminalni kopali ręcznie, warstwami przez 6 godzin. Na głębokości 1,40 m łopatka trafiła na szary koc w kratę. W środku były szczątki młodej kobiety.

Obok leżały trzy rzeczy, które ktoś ułożył starannie, jak do trumny: żółta kurtka z kapturem, zegarek na skórzanym pasku i szalik rozcięty wzdłuż, owinięty wokół kija. Ten sam szalik, którym 14 października usztywniono jej nogę. Julia Sikora leżała 5 lat i pięć miesięcy, półtora metra pod ławką, na której siedziała Agata.

Agata przez cały ten czas pytała, czy Julia jeszcze śpi, i przez cały ten czas on odpowiadał, że tak. Badania w Zakładzie Medycyny Sądowej w Krakowie trwały trzy tygodnie. Identyfikację potwierdziło porównanie DNA z próbką od matki. Biegły opisał otwarte, wieloodłamowe złamanie lewej kości piszczelowej i strzałkowej.

Innych obrażeń nie stwierdził. Ani śladu uderzenia, ani złamań żeber, niczego, co wskazywałoby na przemoc. Przyczyny śmierci po pięciu latach nie dało się ustalić wprost, ale biegły odpowiedział na pytanie, które prokurator zadał na piśmie: Czy przy takim złamaniu, udzielonej na czas pomocy i antybiotykoterapii w szpitalu, Julia Sikora miałaby szansę przeżyć? Odpowiedź zajęła jedno zdanie.

“W ciągu pierwszych 72 godzin rokowanie byłoby dobre.” Szpital w Zakopanem był 11 km od wagonika. Irenie Sikorze przekazała to aspirant Beata Zych. Osobiście we Wrocławiu, w mieszkaniu na Nadodrzu, w którym od pięciu lat w przedpokoju stały buty córki. Irena wysłuchała do końca i zadała jedno pytanie.

“Czy Julia była sama?” Beata Zych odpowiedziała zgodnie z prawdą, że przez 9 dni była z Agatą i że Agata trzymała ją za rękę. W tym samym tygodniu laboratorium policyjne w Krakowie wywołało kliszę z aparatu znalezionego w szafie Hucika. 29 klatek. Peron we Wrocławiu, Kuźnice. Tabliczka na Kasprowym, Morze Chmur.

Potem cztery zdjęcia, coraz szarsze, aż po białą ścianę mgły. Ostatnie cztery klatki zrobiono z lampą błyskową, już po zmroku. Agata potwierdziła później, co to jest. Kiedy telefon padł, zaczęła błyskać fleszem w górę żlebu, raz na kilka minut. Sygnał. Ktoś to światło zobaczył. Na klatce 28 widać tylko płatki śniegu w błysku i twarz Julii, szarą z zamkniętymi oczami.

Na klatce 29, na samym skraju kadru, wysoko w żlebie, jest mała czerwona kropka. Znicz. Kim był człowiek, który przez 14 lat co roku 14 października wchodził z tym zniczem na Czerwone Wierchy? Odpowiedź dała teczka TOPR z 86 roku i zeznania ludzi, którzy znali Hucików od pokoleń. Maria była jedynaczką. W 86 roku miała 19 lat.

Zdaną maturę i plan, który ojcu się nie podobał. Chciała wyjechać do Krakowa i tam studiować. Sąsiadka pamiętała kłótnię słyszaną przez otwarte okno 13 października wieczorem. On krzyczał, że z domu nikt nie wyjeżdża. Ona, że w takim razie przynajmniej pójdzie w góry sama, bez pytania. Rano poszła. Czerwone Wierchy, mgła, pierwszy śnieg.

Niemal ten sam scenariusz, który 14 lat później powtórzył się z Agatą i Julią. Tyle że Marii nikt nie niósł na plecach. Józef Hucik przez cztery dni szukał córki razem z ratownikami. W raporcie z akcji jest jego nazwisko przy sektorze nr 3. Pierwszego dnia jego grupa przeszła żleb sąsiedni. Tego żlebu, w którym leżała Maria, nie sprawdził nikt aż do czwartego dnia.

Z sekcji wynikało, że Maria żyła jeszcze co najmniej dobę po upadku. Żona odeszła trzy lata później. Zeznała w 2006 roku, że nie odeszła od męża, tylko od domu, w którym nie wolno było wymówić imienia córki. I że od tamtego października Józef powtarzał jedno zdanie: że to góry mu ją zabrały i że więcej nikogo im nie odda.

Nikt wtedy nie potraktował tego dosłownie. Przez dwa tygodnie technicy kryminalni przeszukiwali dom Hucika, pokój po pokoju. Pokój Marii na piętrze wyglądał tak, jak w dniu, w którym wyszła. Łóżko zasłane. Na biurku podręcznik do biologii, otwarty na tej samej stronie od 20 lat. W szafie jej sukienki, kilka wieszaków było pustych.

Pod łóżkiem, w pudełku po butach, leżały zeszyty. 23 zwykłe, szkolne zeszyty w kratkę, ponumerowane na okładkach. Pierwszy wpis miał datę 23 października 2000 roku. Dzień, w którym wyniósł z wagonika Julię. Ostatni – 14 marca 2006 roku, wieczór przed wejściem policji. Codziennie jedna linijka, czasem dwie. Temperatura w wagoniku.

Co zjadła, czy spała, ile wypiła wody. Józef Hucik przez prawie 5 i pół roku prowadził dziennik opieki nad swoją więźniarką. Starannie drobnym pismem konduktora, który całe życie wypisywał bilety. Ale śledczych nie zatrzymały liczby. Zatrzymała ich jedna litera. W żadnym z 23 zeszytów nie ma imienia Agata. Nie ma nawet litery A. We wszystkich wpisach od pierwszego do ostatniego, ta, która siedziała w wagoniku, nazywa się M.

Jak wygląda dzień w wagoniku, w którym jest 3 metry podłogi, dwie ławki i jedno okno wielkości monety? Agata Nowik opowiadała o tym przed sądem przez dwa dni. Na jej prośbę, przy tej części rozprawy nie było publiczności. Pierwsze tygodnie po zniknięciu Julii pamięta słabo. Płakała, spała, czekała. On przychodził dwa razy dziennie, rano i o zmroku.

Przynosił zupę w słoiku, chleb, herbatę w termosie, wymieniał wiadro. Rozmawiał z nią spokojnie, jak z kimś chorym. Pytał, czy nie jest jej zimno. W połowie listopada spróbowała uciec. Kiedy otworzył drzwi z termosem, przepchnęła się obok niego i wybiegła w sad. Była noc, leżał śnieg. Zrobiła może 30 kroków.

W żlebie na Czerwonych Wierchach skręciła kostkę i ta kostka nigdy się nie zagoiła. Upadła w śnieg między jabłoniami. On podszedł, podniósł ją i zaniósł z powrotem. Nie krzyczał, nie uderzył jej. Powiedział tylko, że w górach nie wolno chodzić samej. Następnego dnia na jej lewej kostce pojawił się łańcuch. 40 cm, przykręcony do żelaznej ramy ławki.

Tyle, żeby dosięgnąć wiadra, i nic więcej. Tydzień później przyniósł puszkę czarnej farby olejnej i pędzel. Malował szyby od środka, jedną po drugiej, a ona patrzyła, jak znikają góry, sad, niebo. Powiedział, że to po to, żeby nikt nie zaglądał. Kiedy skończył, w wagoniku było ciemno, także w dzień. Zimą zaczął przynosić sukienki. Stare, z lat 80., pachnące naftaliną, wełniane, żeby było cieplej, mówiła Agata.

Dopiero w szpitalu, kiedy pokazano jej zdjęcia z pokoju na piętrze, zrozumiała, czyje to były sukienki. Czasem, kiedy wychodził, mówił do niej od drzwi: “Dobranoc, Marysiu”. Pierwszy raz myślała, że się przesłyszała. W kieszeni jednej z tych sukienek, w styczniu 2001 roku, znalazła wsuwkę do włosów.

Tej nocy zaczęła drapać farbę na szybie od strony gór, na wysokości oczu, kiedy siedziała na ławce. Tylko w nocy, żeby rano nie było widać świeżych rys. Farba schodziła po włosku. Każdy ruch trzeba było robić cicho, bo dom był 30 m dalej. Trwało to prawie cztery miesiące. Na początku maja w czarnej szybie było kółko wielkości monety.

Przez to kółko widać było kawałek sadu, świerki i nad nimi grzbiet. Szeroki, łagodny, z czterema garbami. Agata od razu wiedziała, co to jest. Czerwone Wierchy. Te same, na których zginęła Julia. Choć wtedy jeszcze nie wiedziała, że zginęła. To kółko stało się jej kalendarzem. Kiedy na grzbiecie leżał śnieg, była zima.

Kiedy śnieg schodził, a stoki robiły się rdzawo-czerwone, była jesień. Ile razy można patrzeć na to samo i nie oszaleć? Agata twierdzi, że właśnie dzięki temu nie oszalała. Dni liczyła wsuwką na drewnianej ramie okna. Pionowa kreska co rano, co piąta przekreślona. Na tej samej ramie były już inne znaki, stare, wycięte scyzorykiem kilkadziesiąt lat wcześniej.

Inicjały dzieci, które kiedyś bawiły się w tej altanie. Jedne powtarzały się kilka razy dziecięcym, krzywym pismem: MH. I data: 1974. Biegli policzyli potem kreski Agaty. Było ich 1941. Od 14 października 2000 roku do 15 marca 2006 roku minęło 1978 dni. Brakowało 37. Agata wie skąd.

Zimą 2003 roku miała zapalenie płuc. Leżała w gorączce. Nie wiedziała, czy jest dzień, czy noc. W zeszycie Hucika z tamtych tygodni jest pięć razy ten sam wpis: “M nie je”. Po tym jednym słowie ktoś inny zawiózłby ją do szpitala. On przyniósł syrop i trzeci koc. Ciało zaczęło się poddawać powoli, także prawie tego nie zauważała.

Z łańcuchem nie dało się chodzić, więc siedziała. Żeby było cieplej, siedziała z kolanami pod brodą, owinięta kocami. Rok, dwa, trzy. Któregoś dnia w 2003 roku chciała wyprostować nogi na ławce i nie mogła. Kolana zatrzymały się wpół drogi. Bolało. W 2004 roku przestała próbować wstawać. Najdziwniejsze w jej zeznaniu jest to, o czym mówiła najwięcej.

Nie o łańcuchu, o Julii. Przez pięć lat rozmawiała z nią na głos. Opowiadała jej, co widać w kółku, jaka jest pogoda na grani, która to już zima. Była przekonana, że Julia śpi gdzieś w szpitalu, u lekarza, który nie zadaje pytań. Że kiedyś się obudzi i o wszystko zapyta. Mówiła do niej, a Julia leżała półtora metra pod nią.

11 marca 2006 roku pod wieczór Agata patrzyła przez kółko na skraj lasu i zobaczyła coś, czego nie widziała nigdy wcześniej. Między świerkami, 100 kilkadziesiąt metrów dalej, coś błysnęło. Raz, drugi. Szkło, obiektyw. Pomyślała o fleszu, którym 5 lat wcześniej błyskała w górę żlebu. Wzięła lampę naftową, przysunęła ją do kółka i zaczęła zasłaniać je dłonią.

Odsłaniała i zasłaniała światło. Ciemność, światło. To był ten żółty punkt, który Leszek Wróbel zobaczył na zdjęciu numer 9. Przez następne trzy doby Agata prawie nie odchodziła od okna. Czekała. 14 marca słyszała przy furtce obce głosy. 15 rano ktoś zaczął ciąć łańcuch na drzwiach. Jej zeznania ułożyły obraz pięciu lat w wagoniku, ale sąd musiał odpowiedzieć na inne pytanie.

Kim był człowiek, który to zrobił? W czerwcu 2006 roku Józef Hucik trafił na sześciotygodniową obserwację psychiatryczną. Opinia biegłych miała 40 stron. Obrona czekała na nią z nadzieją, prokuratura z niepokojem. Wniosek z ostatniej strony mógł sprawić, że Józef Hucik nie trafi do więzienia ani na jeden dzień.

Opinia biegłych psychiatrów z sierpnia 2006 roku nie znalazła u Józefa Hucika choroby psychicznej. Żadnych urojeń, żadnych omamów, żadnej psychozy. Znalazła coś, co w polskiej psychiatrii sądowej opisuje się rzadko i ostrożnie. Żałobę, która nie skończyła się przez 20 lat, i osobowość, która zbudowała na niej cały świat. Na ostatniej stronie biegli napisali, że w chwili czynów zdolność Hucika do kierowania swoim postępowaniem była w znacznym stopniu ograniczona.

Te kilka słów zmieniało wszystko. Przy takiej opinii sąd mógł nadzwyczajnie złagodzić karę. Obrona zapowiedziała wniosek o umieszczenie oskarżonego w zakładzie psychiatrycznym zamiast w więzieniu. Prokurator Adam Rola odpowiedział jednym dowodem. 23 zeszytami w kratkę. “Człowiek, który nie kieruje swoim postępowaniem, nie maluje szyb od środka, żeby nikt nie zajrzał.

Nie mówi kolekcjonerowi, że wagonik poszedł na złom. Nie przychodzi sam na policję, żeby wskazać ratownikom zły kierunek. Nie zapisuje przez 5 lat temperatury, posiłków i snu i nie ukrywa tych zapisków pod łóżkiem”. Sąd powołał drugi zespół biegłych. Ich opinia z grudnia była krótsza. Poczytalność zachowana, ograniczenie nieznaczne, bez wpływu na odpowiedzialność.

Proces przed Sądem Okręgowym w Nowym Sączu ruszył w lutym 2007 roku. Akt oskarżenia obejmował cztery zarzuty. Pozbawienie wolności dwóch osób ze szczególnym udręczeniem, zabójstwo Julii Sikory z zamiarem ewentualnym przez zaniechanie udzielenia pomocy, choć jako ten, który zabrał ją z gór, miał obowiązek jej tę pomoc zapewnić.

Złożenie fałszywych zeznań w 2000 roku i ukrycie zwłok. Józef Hucik przyznał się do wszystkiego poza jednym. Nie przyznał się do zabójstwa. Jego wyjaśnienia protokolant spisał prawie w całości. Mówił spokojnie, ze wzrokiem w blacie. Że tamtego wieczoru w żlebie usłyszał wołanie i że to był głos jego córki.

Że kiedy zobaczył dziewczyny w śniegu, zrozumiał, że Bóg dał mu drugi raz tę samą noc. Że tym razem zdążył. “Ja je uratowałem” – powiedział. “Góry by je zabrały, tak jak zabrały mi Marysię.” Prokurator zapytał, dlaczego w takim razie nie zawiózł Julii do szpitala. Hucik milczał prawie minutę. Potem powiedział, że gdyby zawiózł Julię, przyszliby też po drugą, i że drugiej już nie mógł oddać.

Na sali siedziała wtedy Irena Sikora. Nie drgnęła. Najdłużej czekano na zeznania Agaty. Przyjechała z Wrocławia na wózku inwalidzkim, z nogami w szynach. Po roku rehabilitacji jej kolana prostowały się do 160 stopni. Brakowało jeszcze 20. Zeznawała dwa dni przy wyłączonej jawności. Pierwszego dnia, zanim zaczęła, poprosiła o jedno: żeby oskarżony nie mówił do niej po imieniu.

Żadnym. Sędzia zapisał to w protokole jako wniosek pokrzywdzonej. Hucik przez oba dni nie odezwał się ani razu. Zeznawali też inni. Leszek Wróbel, który przyniósł swoje zdjęcie numer 9 powiększone do formatu plakatu. Aspirant Beata Zych, biegły z medycyny sądowej, który powtórzył zdanie o 72 godzinach, i sąsiadka z najbliższego domu.

Ta sama, która rok wcześniej mówiła, że nigdy by nie uwierzyła. Przed sądem przypomniała sobie coś, o czym przez rok nie mówiła nikomu. Zimą 2003 roku wracała późno od córki skrótem przez las. W wagoniku u Hucika paliło się światło. Zapytała go o to następnego dnia w sklepie. Odpowiedział, że grzeje kury, bo mróz. “Kur on nigdy nie miał” – powiedziała sędziemu. “Ja to wiedziałam i nic nie zrobiłam.” Czy ta jedna rozmowa w sklepie mogła skrócić wszystko o trzy lata? Nikt na tej sali nie odpowiedział na to pytanie na głos. Irena Sikora zeznawała ostatnia. Mówiła o Julii, o zeszycie, w którym córka ołówkiem planowała tygodnie, o telefonach o 21:00 i o tym jednym zdaniu, od którego zaczęła się ta historia:

“Że Julia pojechała, bo Agata obiecała, że nie będzie łańcuchów.” Na sali zapadła cisza. Wszyscy wiedzieli, co było przykute do ławki w wagoniku. A potem Irena powiedziała coś, czego nikt się nie spodziewał. Odwróciła się w stronę Agaty i powiedziała, że jej nie wini, że Julia nie umarła sama i że to jest jedyna rzecz z tych pięciu lat, za którą jest komuś wdzięczna.

Wyrok ogłoszono 20 listopada 2007 roku. Sąd Okręgowy w Nowym Sączu uznał Józefa Hucika winnym wszystkich czterech zarzutów. Za zabójstwo Julii Sikory wymierzył mu 25 lat pozbawienia wolności. Za pozbawienie wolności Agaty Nowik ze szczególnym udręczeniem – 10 lat, górną granicę ówczesnego przepisu. Kara łączna wyniosła 25 lat.

Oskarżony miał 69 lat. W uzasadnieniu sędzia napisał, że oskarżony przez 5 lat nazywał swoje czyny ratowaniem, a jedynym człowiekiem, którego w tej sprawie uratowano, była Agata Nowik, i że uratował ją nie on, tylko wydrapane wsuwką kółko w szybie. Hucik wysłuchał wyroku na stojąco. Kiedy sędzia zapytał, czy rozumie rozstrzygnięcie, odpowiedział, że tak, a potem poprosił o głos. Nie przeprosił.

Nie wspomniał Julii ani Agaty. Miał jedną prośbę do sądu. Chciał, żeby wagonik z jego sadu nie poszedł na złom. Obrońca wyjaśnił później dziennikarzom, o co chodziło w ostatniej prośbie Józefa Hucika. Wagonik był altaną jego ojca i domkiem jego córki. Na ramie okna Maria jako siedmioletnia dziewczynka wycięła scyzorykiem swoje inicjały.

Hucik chciał, żeby wagonik trafił do muzeum albo na wystawę o historii kolei na Kasprowy, z inicjałami, żeby ktoś pamiętał. Sąd tej prośby nie rozpatrywał. Wagonik był dowodem rzeczowym i pozostał nim do końca postępowania. Sąd Apelacyjny w Krakowie utrzymał wyrok w czerwcu 2008 roku. Obrona zarzucała, że zamiar ewentualny zabójstwa nie został udowodniony, bo oskarżony opiekował się Julią i wierzył, że wyzdrowieje.

Sąd odpowiedział, że człowiek, który przez 9 dni patrzy na gorączkę i zakażenie i świadomie nie wzywa lekarza, godzi się na śmierć. Wyrok stał się prawomocny. Kilka tygodni później pełnomocnik Agaty Nowik złożył wniosek w sprawie dowodów rzeczowych. Agata nie chciała, żeby wagonik stał w muzeum.

Nie chciała, żeby ktokolwiek wchodził do niego po bilecie, siadał na tamtej ławce i robił sobie zdjęcia. Poprosiła, żeby go zezłomowano, i poprosiła o jedną rzecz dla siebie: o szybę od strony gór. We wrześniu 2008 roku wagonik z 36 roku pocięto na złomowisku pod Nowym Targiem. Przy cięciu był obecny policjant i przedstawiciel prokuratury.

Ramę okna z inicjałami Marii i 1941 kreskami Agaty zabezpieczono i przekazano do archiwum sądowego. Szybę z wydrapanym kółkiem zapakowano w karton i wysłano kurierem do Wrocławia. Józef Hucik zmarł w szpitalu więziennym w 2015 roku w wieku 77 lat. Przez 7 lat w więzieniu nie złożył ani jednego wniosku o przedterminowe zwolnienie.

Współwięźniowie zeznali, że co roku 14 października prosił strażnika o świeczkę. Nigdy jej nie dostał. Pochowano go w Kościelisku, ale nie przy córce. O tym zdecydowała matka Marii. Grób Marii Hucik ma do dziś tylko jedno imię. Leszek Wróbel zrobił swoją wystawę na 70-lecie kolei bez przedwojennego wagonika.

Po procesie przestał zbierać cokolwiek, co dotyczyło kolejek linowych. Zdjęcie numer 9, to z żółtym punktem w czarnej szybie, wysłał Agacie z jednym zdaniem na odwrocie: że przeprasza, bo za pierwszym razem pomyślał, że to tylko lampa. Beata Zych awansowała i odeszła ze służby po 20 latach. W jednym z wywiadów powiedziała, że ogłoszenie z dwiema twarzami wyjęła z szuflady w dniu ogłoszenia wyroku i że dopiero wtedy umiała je wyrzucić.

A Agata? Rehabilitacja trwała 4 lata. Dwie operacje uwolnienia przykurczów w klinice w Krakowie, potem szyny, basen, ćwiczenia po 6 godzin dziennie. W 2007 roku na procesie jej kolana nie prostowały się do końca. W marcu 2008 roku, 2 lata po wyjściu z wagonika, zrobiła pierwsze trzy kroki między poręczami w ośrodku rehabilitacyjnym we Wrocławiu.

Fizjoterapeutka, która ją asekurowała, zapamiętała, że Agata przy trzecim kroku nie płakała, tylko się śmiała. Do gór nie wróciła jako przewodniczka. Wróciła na uczelnię i zmieniła kierunek. Skończyła fizjoterapię. Od 2012 roku pracuje w tym samym ośrodku, w którym robiła pierwsze kroki. Uczy chodzić ludzi po wypadkach, po udarach, po latach w łóżku. Chodzi z laską.

Na lewą nogę utyka i będzie utykać do końca życia. Mówi, że jej pacjenci ufają jej bardziej niż innym, bo kiedy mówi, że wie, jak to jest nie móc stanąć na własnych nogach, to jest prawda. Formularz zgłoszeniowy na kurs przewodnika tatrzańskiego wrócił do niej razem z czerwonym plecakiem. Wypełniony do połowy, bez zdjęcia, bez podpisu.

Pierwsza rzecz, którą policja położyła na stole w 2006 roku. Agata wkleiła w niego zdjęcie Julii w papierowej koronie i podpisała, nie swoim imieniem: “Julia Sikora”. Irena Sikora i Agata Nowik spotykają się co roku 14 października w Kuźnicach. Wjeżdżają na Kasprowy nową kolejką, bo na grań Agata już nie wejdzie.

Stają na szczycie i patrzą na zachód, na szeroki, łagodny grzbiet z czterema garbami. Nie rozmawiają wtedy. Zjeżdżają pierwszym wagonikiem, zanim przyjdzie mgła. Zostaje jedno pytanie, na które nie odpowiedział ani Józef Hucik, ani żaden z biegłych, ani sąd. Przez 5 lat mówił, że ją ratuje. Dziewiątego dnia widział, że Julia umiera, i wiedział, że Agata widziała to samo.

Dlaczego po śmierci Julii nie zawiózł Agaty choćby pod drzwi szpitala w Zakopanem, skoro wierzył, że ratuje? Czy ratował ją przed górami? Czy ratował przed światem swoją drugą córkę? Jak myślicie? Napiszcie w komentarzach. Szyba z wagonika wisi dziś w mieszkaniu Agaty, we Wrocławiu na Nadodrzu, w oknie jej pokoju.

Czarna z jednym kółkiem wielkości monety. Agata powiesiła ją tak, żeby kółko było na wysokości oczu, kiedy siedzi na krześle. Przez to kółko nie widać gór. Widać kawałek podwórka-studni, do którego słońce zagląda tylko w lipcu. Agata mówi, że to najpiękniejszy widok, jaki zna.

Disclaimer: This story is fictional and created for entertainment purposes only. Any names, characters, places, or events are fictitious or used fictitiously. No real person or organization is intended to be portrayed.

You Might Also Enjoy