„Za kulisami teatru i wielkiego kina kryła się szara codzienność, o której widzowie nie mieli pojęcia”: Prawdziwe oblicze legendarnych aktorów PRL-u bez retuszu.
Młodzieńcze przyzwyczajenia mistrza i woda kolońska na ratunek
Za blaskiem jupiterów, nienagannie skrojonymi garniturami i starannie kreowanym wizerunkiem gwiazd dawnego kina kryła się często prozaiczna, trudna codzienność, o której ówczesna publiczność nie miała pojęcia. Widzowie zasiadający przed telewizorami podziwiali nienaganną dykcję, sceniczną elegancję i kunszt dramatyczny swoich ulubieńców, utożsamiając ich z granymi postaciami. Jednak wspomnienia kolegów z planów filmowych, anegdoty krążące w teatralnych bufetach oraz prywatne relacje bliskich odsłaniają zupełnie inną stronę artystycznego środowiska. W świecie, w którym alkohol, dym papierosowy, nocne biesiady i zwykłe zaniedbanie były na porządku dziennym, za kulisami dochodziło do sytuacji budzących konsternację i zdziwienie otoczenia.
Nawet postacie kojarzone z absolutnym szczytem teatralnego wyrafinowania miały w swoich życiorysach epizody zaskakujące. Andrzej Seweryn, który po latach stał się jednym z filarów prestiżowej Comédie-Française i symbolem europejskiej klasy, w młodości budził spore opory w oczach swoich przyszłych teściów. Krystyna Janda, jego pierwsza żona, wspominała po latach, że jej rodzina i przyjaciele podchodzili do młodego aktora z dużym dystansem. Bliskim przeszkadzała jego przesadna oszczędność w ubiorze oraz fakt, że potrafił rzadko myć włosy, przez co młoda artystka musiała stawać w jego obronie przed domownikami. Ta anegdota nie oznaczała oczywiście, że koledzy uciekali od niego na planie, lecz doskonale ilustruje, jak bardzo wczesne, codzienne nawyki młodego adepta sztuki odbiegały od późniejszego, posągowego wizerunku wielkiego mistrza sceny.
Zupełnie inny, znacznie bardziej dramatyczny wymiar miały zmagania Bronisława Pawlika, aktora obdarzonego niezwykle ciepłym głosem i uwielbianego przez pokolenia widzów. Za jego ujmującym uśmiechem krył się wyniszczający nałóg alkoholowy, z którym artysta zmagał się przez całe dekady. W środowisku teatralnym krążyły opowieści o jego specyficznym sposobie maskowania trudnej prawdy: przed wyjściem na scenę czy spotkaniami towarzyskimi potrafił wylewać na siebie olbrzymie ilości tradycyjnej wody kolońskiej, wierząc, że intensywny zapach kosmetyku zdoła przykryć woń wódki. Jego żona, Aniela Świderska, wspominała wspólne życie jako pasmo trudnych i burzliwych doświadczeń. Na scenie Pawlik pozostawał genialnym, opanowanym profesjonalistą, lecz dla jego kolegów z teatru ostra woń perfum była nieomylnym znakiem, że problem wcale nie zniknął.
Niespokojne konie na planie i duszna tajemnica wielkiej piłki

W historii polskiej kinematografii na zawsze zapisał się Zdzisław Maklakiewicz, artysta o magnetycznej, niepowtarzalnej osobowości, znany z kultowych kreacji w „Rejsie” czy „Wniebowziętych”. Poza planem filmowym jego życie było jednak podporządkowane narastającemu uzależnieniu, które rujnowało zdrowie i relacje osobiste. Niezwykła historia rozegrała się podczas kręcenia serialu „Karino”, gdzie aktor wcielał się w postać stajennego Małeckiego. Maklakiewicz panicznie bał się koni, a sytuację pogarszał fakt, że zwierzęta natychmiast wyczuwały od niego woń przetrawionego alkoholu. Zwierzęta reagowały nerwowo, płoszyły się i odmawiały współpracy, co sprawiało, że realizacja scen w stajni stawała się dla całej ekipy prawdziwym torem przeszkód. Wraz ze swoim kompanem Janem Himilsbachem tworzył nierozłączny duet, w którym wspólne biesiadowanie i wzajemne przerzucanie się winą za kolejne ekscesy stały się nieodłącznym elementem warszawskiej legendy.
Do niecodziennego zdarzenia doszło również podczas ceremonii otwarcia piłkarskich mistrzostw świata w 1974 roku w Niemczech, w której uczestniczył Jerzy Cnota, niezapomniany Gąsior z „Janosika”. W wielkim widowisku brali udział także Maryla Rodowicz, członkowie kabaretu Silna Grupa pod Wezwaniem oraz tancerze, którzy mieli pojawić się na murawie ukryci wewnątrz gigantycznych konstrukcji przypominających piłki futbolowe. Noc poprzedzająca występ upłynęła części artystów na wyjątkowo hucznym świętowaniu. Kiedy zamknięto ich w dusznych, ciasnych rekwizytach, Maryla Rodowicz wspominała po latach, że gęsta woń wydychanego po imprezie alkoholu była tak obezwładniająca, iż w panice szukała jakichkolwiek szczelin w poszyciu sztucznej kuli, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Choć sam Jerzy Cnota nie słynął z braku higieny, to zamknięcie w ciasnej przestrzeni obnażyło bezlitosną prawdę o tym, jak imprezowy styl życia przenikał do najważniejszych występów.
Sam Jan Himilsbach był zjawiskiem bez precedensu – naturszczyk, z zawodu kamieniarz, a jednocześnie pisarz o niezwykłej wrażliwości i zachrypniętym głosie, który stał się ikoną kina. Reżyser Marek Piwowski wspominał, że nieprzewidywalność aktora i jego ciągi alkoholowe potrafiły paraliżować harmonogramy całej ekipy, która musiała czekać, aż artysta dojdzie do siebie. Wokół jego postaci narosły dziesiątki anegdot, z których część tworzył sam Himilsbach, doskonale bawiąc się kreowaniem własnego mitu. Choć nie brakowało relacji o unoszącym się wokół niego aromacie tanich papierosów i biesiad, za tą barwną legendą stała postępująca samotność człowieka, który coraz bardziej tracił kontrolę nad własnym losem.
Dym papierosowy w garderobie i dramat ukryty za maską komika
Jedną z najbardziej magnetycznych, a zarazem skomplikowanych postaci powojennego kina był Roman Wilhelmi. Niezapomniany dozorca Stanisław Anioł z serialu „Alternatywy 4” czy Nikodem Dyzma potrafił zdominować każdą scenę swoją drapieżną energią. Jednak prywatnie był człowiekiem rozedrganym, palącym paczkę za paczką i uciekającym w wielodniowe ciągi alkoholowe, podczas których potrafił zapadać się pod ziemię. Aktorka Grażyna Barszczewska, znająca go przez dwie dekady, wspominała, że znikał zwłaszcza wtedy, gdy czuł lęk przed rolą lub niezadowolenie z własnej pracy, po czym wracał z najbardziej fantastycznymi usprawiedliwieniami. Połączenie wypalanych hurtowo papierosów i alkoholu tworzyło wokół niego aurę, która w okresach kryzysu była trudna do zniesienia dla współpracowników. Paradoks Wilhelmiego polegał na tym, że nawet będąc w fatalnej formie fizycznej, po wejściu w światła reflektorów tworzył kreacje absolutnie genialne.

Równie poruszająca była historia Jerzego Dobrowolskiego, wybitnego satyryka, twórcy kabaretów i reżysera o bezlitosnym, ciętym dowcipie wyśmiewającym absurdy systemu. Jego żona, aktorka Jolanta Zykun, z bólem opowiadała po latach o dramatach rozgrywających się w czterech ścianach domu. Dobrowolski potrafił znikać na całe dnie, a zaniepokojona rodzina otrzymywała informacje, że artysta został znaleziony gdzieś nad brzegiem rzeki w stanie skrajnego upojenia. Niezwykłym rysem jego charakteru było to, że przez bardzo długi czas potrafił pojawiać się na porannych próbach trzeźwy i przygotowany, budując szczelną barierę między prywatnym dramatem a życiem zawodowym. Z biegiem lat granica ta zaczęła się jednak zacierać, a wielodniowe maratony alkoholowe odcisnęły piętno na jego zdrowiu i relacjach ze środowiskiem, odbierając siły jednemu z najbłyskotliwszych umysłów tamtej epoki.
Tragiczne tło miało także uzależnienie Mariusza Gorczyńskiego, mistrza drugiego planu, którego twarz widzowie pamiętają z serialu „07 zgłoś się”. Jako mały chłopiec podczas okupacji trafił wraz z ojcem na roboty przymusowe do Niemiec i był bezpośrednim świadkiem jego śmierci. Przeżyta w dzieciństwie trauma rzuciła cień na całe jego dorosłe życie, popychając go w ramiona choroby alkoholowej. Aktor Karol Stępkowski oraz Zofia Czerwińska wspominali, że pod koniec życia Gorczyński znajdował się na etapie, w którym nałóg całkowicie przesłonił mu rzeczywistość, prowadząc w 1988 roku do bolesnego rozstania z Teatrem Syrena. Nie chodziło o brak dbałości o higienę, lecz o postępujące, widoczne gołym okiem wyniszczenie organizmu, którego nie był w stanie ukryć żaden kostium ani sceniczna charakteryzacja.
Arystokratyczny amant i zbójnickie biesiady pod Tatrami
Na przeciwległym biegunie wizerunkowym znajdował się Krzysztof Chamiec – wysoki, postawny, obdarzony głębokim głosem i arystokratyczną prezencją, uchodzący za naczelnego amanta polskiego kina i teatru. Kobiety traciły dla niego głowę, a publiczność podziwiała jego posągową pewność siebie. Jednak za kulisami artysta prowadził życie pełne burz, w którym alkohol i nocne eskapady odgrywały pierwszoplanową rolę. Jedna z jego żon, Joanna Jędryka, wspominała po latach z goryczą, że codzienne życie z gwiazdorem było nie do zniesienia z powodu nieustających imprez, awantur, kłamstw i utraty prawa jazdy po alkoholu. Na scenie Chamiec potrafił emanować dystyngowanym chłodem, podczas gdy w garderobie i prywatnym kręgu unosił się ciężki zapach zarwanych nocy, tworząc jaskrawy kontrast między ekranowym dżentelmenem a realnym człowiekiem zmagającym się z własnymi słabościami.
Listę tę zamyka Bogusz Bilewski, który w świadomości milionów Polaków na zawsze pozostał Walusiem Kwiczołem z „Janosika” – potężnym, brodatym góralem o rubasznym humorze. W jego przypadku ekranowa fikcja niemal całkowicie stopiła się z rzeczywistością. Pracując na planie w Zakopanem, aktor pragnął dogłębnie wejść w styl życia górali, przesiadując nocami w podhalańskich karczmach. Witold Pyrkosz opowiadał, że Bilewski stał się ulubieńcem miejscowych, przepuszczając w lokalach kolejne wypłaty, a nawet sprzedając własnego Trabanta, byle tylko zdobyć środki na dalsze biesiadowanie. Po nieprzespanych nocach spędzonych w dymie papierosowym i przy wódce, potężny artysta stawał przed kamerą, wnosząc na plan zapach prawdziwej zbójnickiej karczmy, co paradoksalnie nadało jego roli niespotykaną autentyczność, lecz z czasem doprowadziło do przedwczesnej śmierci w 1995 roku.
Losy tych dziesięciu artystów pokazują, że polska powojenna estrada i film były przestrzenią pełną bolesnych sprzeczności, w której wielki geniusz i uwielbienie tłumów nieustannie zderzały się z ludzką kruchością, a zapach scenicznego sukcesu mieszał się z dymem i ciężarem codziennych zmagań.