Uncategorized

Studentka zniknęła w Krakowie, 8 miesięcy później sąsiad widzi TO w oknie…

Reszta

To uczucie było na tyle intensywne, że zaczęła nawet nieświadomie zmieniać swoje codzienne trasy, wybierać inne wyjścia z budynków uniwersyteckich i sprawdzać, czy ktoś nie idzie za nią. Początkowo myślała, że to tylko skutek przemęczenia ciągłą pracą nad seminarium i zbliżającymi się egzaminami końcowymi. Spała zbyt mało, piła za dużo kawy, spędzała całe dnie w bibliotece pośród książek i notatek.

Może jej wyobraźnia płatała jej figle? Magdalena Urbańska, jej współlokatorka i najbliższa przyjaciółka, śmiała się z tych obaw podczas ich wspólnych kolacji. „Celina, to pewnie jakiś zakochany student z wyższego roku. W końcu jesteś ładną dziewczyną i zawsze siedzisz sama w bibliotece z nosem w książkach.

Może ktoś się w tobie podkochuje i nie wie, jak się odezwać?” – Magdalena, jako studentka psychologii, próbowała racjonalnie wytłumaczyć obawy przyjaciółki. „Nie rozumiesz!” – odpowiedziała Celina, mieszając łyżeczką herbatę z miodem, którą Magdalena przygotowała dla nich obu. „To nie jest takie uczucie, jakby ktoś mi się przyglądał z sympatii czy zaciekawienia.

To bardziej jakby ktoś mnie katalogował, studiował, jakbym była owadem pod mikroskopem”. Magdalena spojrzała na przyjaciółkę z większą uwagą. Jako przyszła psycholożka uczyła się rozpoznawać różnice między zwykłymi lękami a prawdziwymi obawami. „Od jak dawna masz to uczucie?” „Od jakichś 10 dni” – odpowiedziała Celina. „Początkowo myślałam, że to tylko moja wyobraźnia, ale teraz jestem prawie pewna. Wczoraj, gdy wychodziłam z wykładu u doktora Zielińskiego, zauważyłam mężczyznę w ciemnej kurtce, który stał pod drzewem na dziedzińcu. Ten sam człowiek był potem na przystanku tramwajowym, gdy jechałam do biblioteki, a wieczorem widziałam go znowu, gdy wychodziłam z Collegium Novum”.

„Opisz go!” – poprosiła Magdalena już z większym zainteresowaniem. „To trudne. Zawsze stoi w pewnej odległości. Często w cieniu. Jest wysoki, ma ciemne włosy, krótko przycięte. Zawsze nosi tę samą granatową kurtkę z kapturem i ma taki zimny sposób patrzenia. Jakby nic nie czuł, tylko obserwował”. Magdalena odstawiła filiżankę i przyjrzała się przyjaciółce.

„Słuchaj, może to naprawdę nic takiego, ale dla pewności powinnaś to zgłosić ochronie uniwersytetu. Albo może zmienić na jakiś czas swoją trasę. Mogłabym wychodzić po ciebie do biblioteki”. Celina poczuła wdzięczność za troskę przyjaciółki, ale jednocześnie nie chciała, żeby ktokolwiek zmieniał swoje plany z jej powodu. „Przesadzam. Pewnie.

Zresztą za tydzień składam pracę u Borkowskiego, więc skończą się te nocne powroty z biblioteki”. Ale Celina instynktownie czuła, że to coś zupełnie innego niż nieśmiały adorator. To uczucie obserwacji było niepokojące, niemal agresywne, jakby ktoś nie tylko ją obserwował, ale wręcz systematycznie analizował jej zachowania:

zapamiętywał codzienne trasy, godziny wyjść i powrotów, miejsca, które często odwiedzała. Czasami, idąc ulicą, miała wrażenie, że słyszy za sobą kroki, które zwalniają i przyspieszają dokładnie w tym samym rytmie co jej własne. Gdy się odwracała, widziała tylko normalnych przechodniów zajętych swoimi sprawami. Kilka dni wcześniej, w czwartek, postanowiła przetestować swoje podejrzenia.

Zamiast iść normalną trasą z uniwersytetu do mieszkania, zrobiła kilka nieplanowanych skrętów. Weszła do małej kawiarni na ulicy Sławkowskiej, potem do księgarni na Floriańskiej, ponownie wyszła i skręciła w boczną uliczkę. Za każdym razem, gdy oglądała się za siebie, dostrzegała tego samego mężczyznę w granatowej kurtce: zawsze w tej samej odległości, zawsze udającego, że jest po prostu przypadkowym przechodniem.

To doświadczenie tak ją przestraszyło, że tamtego wieczoru zadzwoniła do rodziców w Dębicy. „Mamo” – powiedziała, gdy Irena Adamczyk odebrała telefon. „Myślę, że ktoś mnie śledzi w Krakowie”. Irena, kobieta praktyczna i twardo stąpająca po ziemi, początkowo zbagatelizowała obawy córki. „Kochanie, Kraków to duże miasto. Tam zawsze kręci się mnóstwo ludzi.

Studenci idą podobnymi trasami. Jesteś przemęczona przed tym swoim seminarium”. Ale Celina nalegała: „Mamo, to nie jest przypadek. To ten sam człowiek. Widzę go prawie codziennie. Wczoraj specjalnie zrobiłam test. Zmieniłam trasę, wchodziłam do różnych sklepów, a on zawsze był gdzieś w pobliżu”. Ton Ireny zmienił się.

Przez telefon słychać było jej rosnący niepokój. „Celinko, to brzmi poważnie. Może powinnaś to zgłosić na policję?” „I co im powiem? Że jakiś mężczyzna chodzi tymi samymi ulicami co ja? Nie zrobił nic nielegalnego. Nie zagadał do mnie. Nie próbował mnie zatrzymać. Policja tylko wzruszy ramionami”. „To może wróć na weekend do domu.

Ojciec mógłby po ciebie przyjechać w piątek”. Celina westchnęła. „Nie mogę, mamo. W sobotę mam spotkanie grupy badawczej u profesora Borkowskiego, a w niedzielę musimy skończyć projekt z literaturoznawstwa porównawczego. Naprawdę nie mogę teraz wyjechać”. Rozmowa zakończyła się obietnicą Celiny, że będzie ostrożna, oraz ustaleniem, że w następny weekend, po oddaniu pracy, przyjedzie do rodzinnego domu w Dębicy, by odpocząć i nabrać sił przed kolejnymi wyzwaniami akademickimi.

21:28. Celina właśnie minęła kościół św. Anny i weszła w główną aleję Plant, gdzie jesienne drzewa tworzyły nad chodnikiem kolorowy tunel z żółtych, czerwonych i brązowych liści. Wieczorny ruch w centrum miasta był jeszcze dosyć intensywny. Studenci różnych wydziałów wracali z bibliotek, kawiarni i czytelni.

Mieszkańcy spieszyli do domów po długim dniu pracy, a turyści robili ostatnie zdjęcia przy zabytkach oświetlonych nocnymi reflektorami. W tym miejskim zgiełku Celina zwykle czuła się całkowicie bezpiecznie, ale tego wieczoru uczucie niepokoju było silniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Wilgotne powietrze przenikało przez materiał jej płaszcza, sprawiając, że czuła chłód aż do kości.

Gdzieś w oddali usłyszała dźwięk dzwonu kościelnego odmierzającego godzinę – głęboki, niski ton niosący się ponad dachami kamienic. Na chwilę przystanęła, nasłuchując tego znajomego dźwięku, który zawsze dawał jej poczucie przynależności do tego miasta, będącego świadkiem tylu pokoleń studentów, takich jak ona. Gdy dotarła do Rynku Głównego i spojrzała na zegar na wieży ratuszowej, wskazywał dokładnie 21:41.

Do domu miała jeszcze około 15 minut spokojnego marszu przez ulicę Grodzką i dalej na Kazimierz, gdzie czekało na nią ciepłe mieszkanie, herbata z miodem i możliwość przeczytania fragmentu nowej książki o literaturze romantycznej, którą wypożyczyła tego popołudnia. Właśnie wtedy, stojąc pod oświetlonymi Sukiennicami i rozglądając się po pięknie iluminowanym placu, gdzie inne młode osoby robiły sobie zdjęcia na tle zabytków, zauważyła go po raz pierwszy naprawdę wyraźnie.

Mężczyzna w ciemnej, granatowej kurtce z kapturem naciągniętym na głowę stał przy jednym ze straganów z pamiątkami turystycznymi i wyraźnie patrzył w jej stronę. Kiedy Celina zrobiła kilka kroków w stronę ulicy Grodzkiej, mężczyzna również się poruszył, zachowując stałą odległość około 30 metrów. Nie kupował żadnych pamiątek, nie robił zdjęć, nie rozmawiał z nikim. Po prostu ją obserwował.

Serce zaczęło jej bić znacznie szybciej. Postanowiła sprawdzić swoje podejrzenia i zamiast iść prosto ulicą Grodzką, jak robiła to codziennie przez ostatnie trzy lata, skręciła w małą uliczkę św. Anny, która prowadziła w bok od głównej trasy turystycznej. To był test. Jeśli mężczyzna rzeczywiście ją śledził, powinien również zmienić kierunek swojego marszu.

Przeszła około 100 metrów, pozornie przyglądając się wystawom sklepów z rękodziełem artystycznym, a potem spojrzała w odbicie witryny starego antykwariatu i rzeczywiście, w odbiciu szyby, zobaczyła tego samego mężczyznę, który szedł za nią w odległości mniejszej niż wcześniej – może tylko 20 metrów. „To nie może być przypadek” – pomyślała, czując, jak żołądek zaciska jej się w supeł. Mężczyzna był coraz bliżej. Jego kroki stawały się głośniejsze na mokrym bruku. Wyraźnie przyspieszył, jakby wyczuwając, że jego cel zorientował się w sytuacji. Teraz już nie miała żadnych wątpliwości. Ktoś rzeczywiście ją śledził, a jej obawy z ostatnich tygodni okazały się uzasadnione. Ręce zaczęły jej drżeć, gdy sięgnęła do torebki po telefon komórkowy.

Chciała natychmiast zadzwonić do Magdaleny, a może nawet bezpośrednio na policję, albo poprosić o pomoc kogoś z przechodniów. Ale gdy wyjęła telefon, ekran pozostał całkowicie czarny. Bateria rozładowała się kompletnie. Zapomniała naładować urządzenie po wczorajszym długim dniu w bibliotece. To było jak w najgorszym koszmarze. Sama, ścigana przez nieznanego mężczyznę w słabo oświetlonej bocznej uliczce, bez możliwości wezwania pomocy.

„Nie, nie, nie!” – szepnęła nerwowo, wciskając przycisk włączania telefonu, ale ekran pozostawał czarny i martwy. Przez myśl przebiegła jej absurdalna refleksja o współczesnej bezradności: jak często wszyscy polegamy na tych małych urządzeniach i jak bezbronni jesteśmy, gdy nas zawodzą. Panika zaczęła narastać w jej piersi jak zimna fala.

Przez głowę przemknęło jej kilka możliwości: mogła wbiec do jakiejś restauracji czy pubu, ale ulica św. Anny była w tym miejscu głównie zabudowana kamienicami mieszkalnymi z zamkniętymi na noc lokalami usługowymi. Jedyne światło pochodziło z kilku lamp ulicznych i okien mieszkań na wyższych piętrach. Mogła też głośno krzyczeć, mając nadzieję, że ktoś z mieszkańców usłyszy i otworzy okno lub zejdzie na dół.

Ale ostatecznie postanowiła szybko wrócić na główną trasę, na ulicę Grodzką, gdzie było więcej ludzi, światła i większe szanse na pomoc. Przyspieszyła kroku, kierując się z powrotem w stronę ulicy Grodzkiej i normalnej trasy do domu na Kazimierzu, ale kroki za nią też przyspieszyły, a odległość między nią a prześladowcą wyraźnie się zmniejszała.

Odwróciła się przez ramię i zobaczyła, że mężczyzna jest już znacznie bliżej, może tylko 10 metrów za nią, i już nie próbuje ukrywać tego, że ją śledzi. W świetle latarni mogła lepiej dostrzec jego twarz. Był to mężczyzna około czterdziestki, o ostrych, regularnych rysach, z krótko ostrzyżonymi ciemnymi włosami i małą, zadbaną brodą.

Jego oczy były zimne i skupione, a sposób, w jaki na nią patrzył, sprawiał, że czuła się jak obiekt, a nie jak człowiek. W prawej ręce trzymał coś, co w ciemnościach wyglądało jak nóż lub inny metalowy przedmiot. „Przepraszam panią” – powiedział spokojnym, niemal uprzejmym głosem, gdy zbliżył się na odległość około trzech metrów.

Jego ton był całkowicie niezgodny z sytuacją. Brzmiał jak ktoś, kto pyta o drogę lub godzinę. „Czy może pani na chwilę się zatrzymać? Chciałbym tylko porozmawiać”. Ale Celina już nie słuchała jego słów. Każdy instynkt w jej ciele krzyczał jedno: „Uciekać! Natychmiast, jak najdalej i jak najszybciej!”. Rzuciła się biegiem w stronę ulicy Grodzkiej, gdzie widziała światła i sylwetki innych ludzi.

Serce biło jej jak młotem, a adrenalina sprawiała, że wszystko wokół niej stało się niezwykle ostre i jednocześnie jakby zwolnione. Słyszała za sobą jego kroki na brukowanej kostce. Coraz szybsze, coraz głośniejsze, coraz bliższe. Nogi miała jednak jak z waty. Strach i nagły wysiłek fizyczny sprawiły, że nie mogła biec tak szybko, jak chciała.

Nie dotarła na ulicę Grodzką. Po przebiegnięciu około 50 metrów potknęła się o nierówność w chodniku i straciła równowagę. Próbowała się podnieść, ale było już za późno. Poczuła silną dłoń na swoim ramieniu, a chwilę później zimny metal przyłożony do szyi. „Proszę się nie ruszać” – powiedział niskim, kontrolowanym głosem.

„Będzie pani współpracować i nikomu nie stanie się krzywda”. Celina poczuła, jak jej ciałem wstrząsa dreszcz przerażenia. Oczy napełniły się łzami, ale zdołała zachować tyle przytomności umysłu, by nie krzyczeć od razu. Wiedziała, że jej jedyną nadzieją jest zachować spokój i szukać możliwości ucieczki. „Czego pan ode mnie chce?” – zapytała, starając się, by jej głos nie drżał zbyt mocno. „Ciszy!” – odpowiedział mężczyzna, przyciskając nóż mocniej do jej szyi. „Teraz pójdziemy spokojnie do mojego samochodu. Jest zaparkowany na końcu tej uliczki. Jeden krzyk, jeden nagły ruch, a to się skończy bardzo boleśnie. Zrozumiano?” Celina przełknęła ślinę i powoli skinęła głową. Tysiące myśli przebiegały przez jej umysł: wszystkie historie o porwaniach, które kiedykolwiek słyszała, wszystkie porady dotyczące samoobrony, których uczyła ją matka, wszystkie filmy kryminalne, które oglądała. Ale w tej chwili żadna z tych informacji nie wydawała się pomocna. Zimny metal przy szyi paraliżował jej zdolność myślenia. Mężczyzna zaczął prowadzić ją w głąb uliczki, trzymając jedną ręką jej ramię, a drugą przyciskając nóż do jej szyi.

Szli wolno jak para spacerowiczów, choć jego uścisk był jak imadło. Celina rozpaczliwie rozglądała się, szukając kogokolwiek, kto mógłby zauważyć ich nienaturalną sytuację. Ale uliczka była pusta, a nieliczne okna w kamienicach ciemne lub zasłonięte. „Gdzie pan mnie zabiera?” – zapytała cicho, starając się zyskać na czasie i zdobyć jakiekolwiek informacje.

„Tam, gdzie możemy spokojnie porozmawiać” – odpowiedział mężczyzna. Jego głos był rzeczowy, bez emocji, jakby omawiał pogodę, a nie prowadził przerażoną kobietę siłą w nieznanym kierunku. W oddali, być może na Rynku Głównym, Celina usłyszała śmiech grupy turystów i dźwięk ulicznego muzyka grającego na akordeonie. Zwykłe, codzienne odgłosy krakowskiego wieczoru, które teraz wydawały się tak odległe, jakby dobiegały z innego świata – świata, z którego właśnie była wyrywana.

Dotarli do końca uliczki, gdzie stał zaparkowany ciemny samochód. Wyglądał jak zwykła Skoda Octavia w kolorze granatowym, z przyciemnianymi szybami. Mężczyzna wyciągnął z kieszeni kluczyki i jednym naciśnięciem przycisku odblokował drzwi. Potem otworzył tylne drzwi. „Proszę wsiąść!” – polecił, lekko popychając Celinę w stronę otwartego samochodu.

Celina zdała sobie sprawę, że to może być jej ostatnia szansa. Jeśli wsiądzie do tego samochodu, może już nigdy nie wyjść. Być może instynkt przetrwania przejął kontrolę nad jej ciałem, bo zanim zdążyła świadomie podjąć decyzję, wywinęła się gwałtownym ruchem, uderzając łokciem w żebra napastnika. Mężczyzna syknął z bólu, a jego uścisk na moment się rozluźnił.

Wystarczająco, by Celina mogła się wyrwać, ale nie zdążyła zrobić nawet dwóch kroków, gdy mężczyzna rzucił się za nią i złapał ją za włosy. Szarpnął mocno, odciągając ją od ulicy, a potem uderzył czymś twardym w tył głowy. Celina poczuła ostry ból, a przed oczami zawirowały jej czarne plamy. Nogi ugięły się pod nią, a świat zaczął wirować i zacierać się na krawędziach. „Nie musiało tak być” – usłyszała jego spokojny głos, jakby z oddali, gdy jej świadomość powoli odpływała. Ostatnią rzeczą, którą zarejestrowała, był zapach skórzanej tapicerki samochodu i uczucie, że jej ciało jest wciągane do wnętrza pojazdu.

Potem wszystko ogarnęła ciemność. Następnego ranka, 29 października 2019 roku, we wtorek o godzinie 8:00 rano, w małym mieszkaniu przy ulicy Józefa 27 na krakowskim Kazimierzu nie pojawiła się Celina. Magdalena Urbańska, jej 20-letnia współlokatorka, studiująca na trzecim roku psychologii, początkowo nie martwiła się tym zbytnio.

Celina czasami zostawała na noc u znajomych z roku, zwłaszcza gdy pracowali grupowo nad projektami seminaryjnymi, albo wracała tak późno z biblioteki, że kładła się spać natychmiast, po cichu, żeby nie budzić współlokatorki. Magdalena była praktyczną dziewczyną, pochodzącą z rodziny nauczycieli z Oświęcimia.

Matka, Danuta, uczyła matematyki w miejscowej szkole podstawowej, a ojciec, Zbigniew, prowadził lekcje historii w gimnazjum. Od dziecka była przyzwyczajona do systematyczności i planowania. Więc gdy zauważyła, że łóżko Celiny pozostało nieużywane, a rzeczy osobiste zostały w mieszkaniu, zaczęła odczuwać pierwsze symptomy niepokoju.

Celina była jeszcze bardziej zorganizowana od niej. Zawsze informowała o swoich planach, zostawiała krótkie notatki na lodówce lub wysyłała SMS-y o zmianach w planach dnia. „Dziwne” – pomyślała Magdalena, patrząc na idealnie posłane łóżko przyjaciółki w ich wspólnym pokoju. Na biurku Celiny leżały porozrzucane notatki do pracy semestralnej, kilka książek z biblioteki ułożonych w równy stosik, kubek z niedopitą herbatą z poprzedniego poranka. Wszystko wyglądało tak, jakby Celina właśnie wyszła i miała zaraz wrócić.

Magdalena sprawdziła swój telefon. Żadnych wiadomości od Celiny. Spróbowała do niej zadzwonić, ale usłyszała tylko komunikat, że abonent jest niedostępny. „Pewnie rozładowała jej się bateria” – pomyślała, starając się zdusić narastający niepokój. „Może nocowała u Karoliny albo Zosi i zapomniała dać znać”.

Sprawdziła szafę Celiny. Jej ulubiona piżama w niebieskie gwiazdki wisiała na wieszaku, podobnie jak większość jej ubrań. W łazience stała jej szczoteczka do zębów, szampon o zapachu cytryny, krem do twarzy. Wszystko wskazywało na to, że Celina planowała wrócić do domu poprzedniego wieczoru. Magdalena spojrzała na kalendarz wiszący nad biurkiem.

Wtorek, 29 października. Seminarium u profesora Borkowskiego o 9:00 rano. Celina nigdy w życiu nie opuściłaby tego spotkania. Przygotowywała się do niego tygodniami, traktując je jako jeden z najważniejszych momentów w swojej studenckiej karierze. Ale gdy zegar w kuchni wybił 12:00 w południe, a telefon Celiny nadal milczał, Magdalena poczuła prawdziwy niepokój.

Celina miała tego dnia o 9:00 rano bardzo ważne seminarium u profesora Borkowskiego. Spotkanie, na które przygotowywała się przez ostatnie tygodnie i o którym mówiła jako o przełomowym momencie w swojej karierze uniwersyteckiej. Nigdy by go nie opuściła bez wcześniejszego powiadomienia prowadzącego. „To nie może być przypadek” –

pomyślała Magdalena, przypominając sobie ostatnie rozmowy z przyjaciółką. Jej obawy o śledzenie. Ten mężczyzna w granatowej kurtce, któremu Celina tak bardzo nie ufała. „Jak mogłam tak lekko potraktować jej strach?” Przecież sama studiowała psychologię i wiedziała, że instynkt często ostrzega nas przed prawdziwym niebezpieczeństwem.

Magdalena zaczęła metodycznie dzwonić do wszystkich wspólnych znajomych. Nikt nie widział Celiny od wczorajszego popołudnia. Nikt nie wiedział, gdzie mogłaby być. Zaczęła wydzwaniać do krakowskich szpitali, pytając, czy nie trafiła do nich młoda kobieta odpowiadająca opisowi Celiny.

Wszystkie odpowiedzi były negatywne. O 14:30 Magdalena postanowiła zadzwonić do pani Heleny Górskiej z Biblioteki Uniwersyteckiej. „Oczywiście, że wczoraj była” – potwierdziła życzliwa bibliotekarka. „Wyszła punktualnie o 20:30, gdy zamykaliśmy budynek. Wszystko było w najlepszym porządku. Jeszcze rozmawiałyśmy o jej pracy semestralnej. Mówiła, że ma dzisiaj ważne spotkanie z profesorem Borkowskim i musi się dobrze wyspać, żeby być w pełni sił”.

To potwierdziło najgorsze obawy Magdaleny. Celina wyszła z biblioteki zgodnie z codziennym planem, ale do mieszkania na Kazimierzu najwyraźniej nie dotarła. Gdzie mogła być przez całą noc? Co się mogło stać podczas tego 25-minutowego spaceru przez najlepiej oświetlone i teoretycznie najbezpieczniejsze części centrum Krakowa? Czy miały rację te jej ostatnie obawy o bycie śledzoną? Magdalena wiedziała, że musi skontaktować się z rodzicami Celiny w Dębicy, ale nie chciała ich niepotrzebnie straszyć. Co, jeśli Celina po prostu pojechała do jakiejś koleżanki poza miastem i zapomniała powiadomić wszystkich? Albo poznała kogoś i spontanicznie zdecydowała się na wyjazd? Takie rzeczy czasami zdarzały się studentom. Ale nie Celinie. Nie tej odpowiedzialnej, zorganizowanej, zawsze punktualnej Celinie. „Może jeszcze poczekam parę godzin” – pomyślała.

„Może wróci i wszystko się wyjaśni”. Ale gdy zegar wskazywał 16:00, Magdalena wiedziała, że nie ma już na co czekać. Z drżącymi rękami wybrała numer do państwa Adamczyków w Dębicy. „Dzień dobry, pani Ireno” – powiedziała, gdy matka Celiny odebrała telefon. „Tu Magdalena. Czy Celina jest może u państwa?” Cisza po drugiej stronie była wymowna.

„Nie. Miała być w Krakowie. Czy coś się stało, Magdo?” Magdalena poczuła, jak jej gardło się zaciska. „Nie wiem, pani Ireno. Celina nie wróciła wczoraj do domu. Nie przyszła też na seminarium u profesora Borkowskiego, na które tak czekała. Nikt z naszych znajomych jej nie widział. Jej telefon jest wyłączony. Boję się, że mogło się coś stać”.

Irena Adamczyk wydała z siebie cichy jęk, który przeraził Magdalenę bardziej niż krzyk. „Dzwoniła do mnie w zeszłym tygodniu. Mówiła, że ktoś ją śledzi w Krakowie. Myślałam, że jest po prostu zmęczona przed egzaminami. Boże, jak mogłam jej nie posłuchać?” Magdalena zamknęła oczy, czując, jak zalewa ją fala winy. „Ja też jej nie słuchałam.

Myślałam, że przesadza, że to tylko stres”. „Dzwoniłaś na policję?” – zapytała Irena. Jej głos nagle stał się twardy i rzeczowy. „Jeszcze nie. Chciałam najpierw sprawdzić wszystkie inne możliwości”. „Dzwoń natychmiast. My z mężem wyjeżdżamy do Krakowa za pół godziny”. O 16:45 Magdalena zadzwoniła na numer alarmowy 112. Dyżurny w krakowskiej komendzie przyjął zgłoszenie w dosyć rutynowy sposób.

21-letnia studentka nie wróciła do domu po dniu spędzonym na uczelni. W dużym mieście uniwersyteckim takie przypadki zdarzały się praktycznie codziennie, zwłaszcza jesienią, gdy studenci często zmieniali plany, zostawali u znajomych po imprezach lub po prostu potrzebowali przerwy od codziennej rutyny.

Większość zgłoszeń tego typu kończyła się szczęśliwie w ciągu 24 godzin. Ale gdy młodszy aspirant Adrian Mazurek przybył do mieszkania przy ulicy Józefa około 18:00, żeby zebrać podstawowe informacje o zaginionej osobie, intuicja podpowiadała mu, że tym razem może być inaczej. Adrian miał 31 lat i pracował w krakowskiej policji od 9 lat.

Po ukończeniu studiów prawniczych na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie pisał pracę magisterską o przestępczości młodzieżowej, postanowił zostać policjantem, bo, jak mówił swojej żonie, Agnieszce, chciał pomagać ludziom i dbać o sprawiedliwość w praktyce, a nie tylko w teorii. Mieszkanie Celiny i Magdaleny było małe, ale przytulne.

Typowe studenckie lokum. Dwa łóżka, dwa biurka, niewielka kuchnia, łazienka. Wszędzie książki, notatki, zdjęcia przyjaciół przypięte do ściany, kilka plakatów z koncertów i wystaw. Adrian zauważył, że wszystko było nienaturalnie czyste i uporządkowane, jakby Magdalena spędziła cały dzień na sprzątaniu, próbując zająć czymś ręce i umysł.

Podczas dziewięciu lat służby Adrian widział setki przypadków zaginionych osób. Większość dotyczyła młodych ludzi, którzy czasowo znikali z różnych powodów: konflikty rodzinne, problemy finansowe, chęć uniezależnienia się, spontaniczne wyjazdy z przyjaciółmi, związki uczuciowe. W 90% przypadków osoby te znajdowały się w ciągu kilku dni, zdrowe i całe, często ze zdumieniem dowiadując się o skali poszukiwań, jakie zostały uruchomione.

Ale coś w sposobie, w jaki Magdalena opowiadała o swojej współlokatorce, brzmiało inaczej – niepokojąco autentycznie. „Opowiedz mi dokładnie o wczorajszym dniu Celiny” – poprosił Adrian, wyciągając notatnik i przygotowując się do spisania zeznań. „Od samego rana. Każdy szczegół może okazać się ważny, nawet jeśli wydaje ci się nieistotny”. Magdalena szczegółowo opisała ostatnie tygodnie życia Celiny: intensywną pracę nad seminarium, przygotowania do spotkania z profesorem Borkowskim, ale też narastające obawy związane z uczuciem bycia obserwowaną i śledzoną.

„Przez ostatnie 10 dni Celina była wyraźnie zdenerwowana” – opowiadała. „Ciągle mówiła, że ma wrażenie, że ktoś ją obserwuje. Na początku myślałam, że to stres przed ważnymi egzaminami, ale ona naprawdę wydawała się przestraszona. Zaczęła nawet zmieniać swoje codzienne trasy i sprawdzać, czy ktoś za nią nie idzie”.

Adrian poczuł, jak włosy jeżą mu się na przedramionach. To zdecydowanie nie brzmiało jak typowe zaginięcie młodej osoby. Poprosił o najnowsze, kolorowe zdjęcie Celiny, dokładne dane personalne, szczegółowy opis odzieży, którą miała na sobie poprzedniego wieczoru, a także o kontakt do rodziny. Następnie rozpoczął systematyczne sprawdzanie szlaku ostatniego dnia Celiny, zaczynając od Biblioteki Jagiellońskiej przy alei Mickiewicza.

„Czy możesz mi pokazać jej typową trasę z biblioteki do domu?” – zapytał Magdalenę, rozkładając mapę Krakowa na stole. Magdalena drżącym palcem wskazała drogę. „Zwykle szła Plantami, potem przez Rynek Główny, ulicą Grodzką i dalej na Kazimierz. To około 25 minut spokojnym tempem”. Adrian pokiwał głową, zapisując te informacje.

„A co z tym mężczyzną, który ją rzekomo śledził? Mówiła coś więcej na jego temat?” Magdalena potarła czoło, próbując sobie przypomnieć: „Nie za wiele. Wysoki, ciemne włosy, zawsze w tej samej granatowej kurtce z kapturem. Mówiła, że ma zimne oczy, jakby pozbawione emocji, i że zawsze trzymał się w pewnej odległości. Nigdy nie podchodził zbyt blisko”.

„Czy ktoś jeszcze widział tego mężczyznę? Może jej przyjaciele z uczelni, bibliotekarka?” „Nie wiem” – przyznała Magdalena. „Celina nikomu innemu o tym nie mówiła, bo bała się, że uznają ją za paranoiczkę. Tylko mi, bo mieszkamy razem, i swoim rodzicom przez telefon”. Adrian zapisał wszystkie te informacje, choć wiedział, że opis był zbyt ogólny, by mógł być naprawdę pomocny.

Wysoki mężczyzna w granatowej kurtce z kapturem… To mógł być praktycznie każdy przechodzień w Krakowie w październikowy wieczór. Gdy skończył notować, zapytał, czy Celina miała jakieś problemy, konflikty z kimś, niezapłacone długi, problemy z chłopakiem. Magdalena pokręciła głową. „Nie, nic z tych rzeczy. Celina to najspokojniejsza osoba, jaką znam.

Całe dnie spędzała w bibliotece, pracując nad swoją pracą. Nie miała nawet chłopaka. Mówiła, że na związki przyjdzie czas po studiach. Jedyną rzeczą, która ją naprawdę stresowała, było to seminarium u profesora Borkowskiego”. Adrian spojrzał jeszcze raz na zdjęcie Celiny, które dała mu Magdalena. Uśmiechnięta blondynka z książką w ręku, stojąca przed fontanną na Rynku Głównym.

Nic w jej wyglądzie nie sugerowało osoby, która mogłaby prowokować niebezpieczne sytuacje. Wyglądała jak tysiące innych studentek, które każdego dnia przemierzały ulice Krakowa. „Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by ją znaleźć” – zapewnił Magdalenę, wstając i chowając notes do kieszeni. „Uruchomimy poszukiwania jeszcze dziś wieczorem.

Zaczniemy od sprawdzenia kamer monitoringu miejskiego wzdłuż jej trasy. Przesłuchamy świadków. Jeśli czegokolwiek się dowiesz, jeśli Celina się odezwie, natychmiast dzwoń”. Gdy wychodził z mieszkania, na klatce schodowej spotkał starszą kobietę w czerwonym swetrze, prawdopodobnie sąsiadkę z piętra niżej.

„Pan z policji?” – zapytała, przyglądając mu się badawczo. „W sprawie tej zaginionej dziewczyny?” Adrian zatrzymał się. „Tak. Prowadzę sprawę zaginionej Celiny Adamczyk. Czy pani ją znała?” „Oczywiście” – odpowiedziała kobieta. „Mieszkam piętro niżej. Często je widywałam z Magdaleną. Miłe dziewczyny, spokojne, nie jak niektórzy studenci, co tylko imprezy i alkohol.

Ale, wie pan, wczoraj wieczorem słyszałam coś dziwnego”. Adrian natychmiast wyciągnął notes. „Co dokładnie pani słyszała?” „Kroki na klatce schodowej późno w nocy, może około 1:00. Myślałam, że to któraś z dziewczyn wraca, ale kroki były ciężkie, męskie. Potem usłyszałam, jak ktoś grzebie przy zamku do ich mieszkania.

Chciałam wyjść i sprawdzić, ale się bałam. Jestem starą kobietą. Co ja mogę? Ale byłam pewna, że słyszę męskie kroki i szuranie, jakby ktoś próbował otworzyć ich drzwi”. Adrian poczuł, jak jego serce przyspiesza. „Czy jest pani pewna, że to było wczoraj, a nie kiedy indziej?” „Absolutnie pewna” – odpowiedziała kobieta, stukając palcem w czoło.

„Mam 73 lata, ale umysł wciąż jasny jak kryształ. To było wczoraj koło 1:00 w nocy. Nikt nie wszedł do mieszkania, bo w końcu kroki oddaliły się. Ale ktoś tu był. Jestem tego pewna”. „Dziękuję za te informacje. To może być bardzo ważne” – powiedział Adrian, zapisując szczegóły zeznania. „Jeśli przypomni sobie pani cokolwiek jeszcze, proszę natychmiast dzwonić na policję”.

Wychodząc z kamienicy, Adrian już wiedział, że to nie jest zwykłe zaginięcie. Jego instynkt krzyczał, że Celina Adamczyk znalazła się w poważnych tarapatach, a z każdą mijającą godziną szanse na odnalezienie jej żywej drastycznie malały. Ale to, co odnajdzie trzeciego dnia poszukiwań, zmieni całą perspektywę tej sprawy i pokaże, że obawy Celiny były jak najbardziej uzasadnione.

Pan Józef Pietrzak, 70-letni emerytowany nauczyciel matematyki, który codziennie o świcie spacerował ze swoim psem rasy border collie po Plantach, zauważył pod krzakami, w pobliżu pomnika Mikołaja Kopernika, skórzaną torbę damską. Jego pies, Hugo, biegał wokół krzaków i skomlił, jakby chciał zwrócić uwagę właściciela na coś ważnego. Pan Józef podniósł torbę i od razu rozpoznał, że to rzecz studencka – stara, skórzana, z charakterystycznymi metalowymi klamrami i śladami intensywnego użytkowania.

W środku znajdowały się dokumenty tożsamości na nazwisko Celina Adamczyk. „Hugo znalazł to pod tymi krzakami” – wyjaśniał pan Józef, pokazując miejsce Adrianowi, który przybył na miejsce w ciągu 15 minut od zgłoszenia. „Gdyby nie on, nigdy bym tego nie zauważył”. Torba była wsunięta głęboko między gałęzie, jakby ktoś specjalnie chciał ją ukryć.

Adrian, ubrany w lateksowe rękawiczki, ostrożnie przeglądał zawartość torby, którą pan Józef, mający za sobą 40 lat pracy jako nauczyciel matematyki, inteligentnie pozostawił nietkniętą. „Dobrze, że pan jej nie dotykał zbyt wiele” – pochwalił starszego mężczyznę. „To może być kluczowy dowód”. Zawartość torby została szczegółowo przeanalizowana przez techników kryminalistycznych.

Znajdowały się w niej: portfel z dowodem osobistym i legitymacją studencką, 200 zł w gotówce, notatki z uniwersytetu napisane starannym, charakterystycznym pismem Celiny, trzy długopisy, małe opakowanie tabletek przeciwbólowych, kilka cukierków miętowych, chusteczki higieniczne i klucze do mieszkania na Kazimierzu.

Brakowało jedynie telefonu komórkowego marki Samsung, który Celina zawsze miała ze sobą. Na zewnętrznej stronie skóry, przy jednej z klamer, eksperci znaleźli mikroskopijne ślady obcego DNA, prawdopodobnie należącego do mężczyzny. Materiał genetyczny mógł zostać pozostawiony przez osobę, która dotykała torby bez rękawiczek, prawdopodobnie podczas jej przenoszenia lub porzucania.

Próbka została natychmiast wprowadzona do krajowej bazy danych CODIS oraz do systemów europejskich, ale niestety nie przyniosła żadnych pozytywnych wyników. „To oznacza, że sprawca nie ma wcześniejszej kartoteki” – wyjaśnił technik kryminalistyczny, młody mężczyzna o nazwisku Kamil Dąbrowski, z którym Adrian współpracował już przy kilku trudnych sprawach – „albo jego DNA nie zostało jeszcze wprowadzone do bazy”.

Adrian stał na Plantach, patrząc na miejsce, gdzie znaleziono torbę. Był to odcinek parku stosunkowo oddalony od głównych alejek, za dużymi krzakami, które częściowo zasłaniały widok od strony chodnika. Idealny punkt, by pozbyć się czegoś bez zwracania uwagi przechodniów. „Co myślisz?” – zapytał Kamila, który wciąż zbierał próbki z okolicy.

„Myślę, że mamy do czynienia z kimś, kto wiedział, co robi” – odpowiedział technik. „Torba została celowo ukryta w miejscu, gdzie mogłaby pozostać niezauważona przez długi czas. Gdyby nie ten pies, moglibyśmy jej nigdy nie znaleźć. Sprawca chciał się pozbyć dowodu identyfikującego ofiarę, ale jednocześnie nie zniszczył torby całkowicie.

To może sugerować, że działał pod presją czasu”. Adrian pokiwał głową. To miało sens. Ktoś porwał Celinę, zabrał jej telefon, ale pozbył się torby, która mogłaby identyfikować jej tożsamość. Ale dlaczego zostawił w środku dokumenty i pieniądze? Czy chodziło tylko o pozbycie się przedmiotu, który mógłby przeszkadzać podczas transportu ofiary? Czy też sprawca nie miał czasu dokładnie przejrzeć zawartości? „Sprawdźmy kamery” – zdecydował Adrian.

„Chcę widzieć każde nagranie z tej okolicy od 20:00 do północy z poniedziałku”. Analizę nagrań rozpoczęto jeszcze tego samego dnia. W Krakowie, zwłaszcza w centrum miasta, działał rozbudowany system monitoringu miejskiego, obejmujący Planty, Rynek Główny i większość głównych ulic. Problem polegał na tym, że w poniedziałkowy wieczór, w trakcie sezonu turystycznego, przez centrum przewijały się tysiące osób.

Znalezienie na nagraniach konkretnej osoby, zwłaszcza jeśli sprawca celowo unikał kamer, było jak szukanie igły w stogu siana. Zespół analityków pracował non stop, przeglądając setki godzin nagrań. W końcu, po dwóch dniach intensywnej pracy, udało się znaleźć fragment, który pokazywał Celinę wychodzącą z Biblioteki Jagiellońskiej o 20:32.

Ubrana była dokładnie tak, jak opisała to Magdalena: szary płaszcz, ciemny sweter, buty na niskim obcasie. Przez ramię przewieszoną miała skórzaną torbę. Kamera przechwyciła ją ponownie, gdy szła alejką przez Planty, kierując się w stronę Starego Miasta. „A tutaj” – pokazał Adrian na ekranie, zatrzymując nagranie – „widać postać w ciemnej kurtce, która wychodzi z biblioteki kilka minut po Celinie i podąża tą samą trasą”.

Postać była widoczna tylko przez moment z tyłu, z kapturem naciągniętym na głowę. Kamery przechwyciły ją jeszcze raz przy wejściu na Planty, wciąż w pewnej odległości za Celiną. Potem obie postacie znikły z pola widzenia, kierując się w stronę Rynku Głównego. „To musi być on” – powiedział Adrian, wpatrując się w niewyraźną sylwetkę na ekranie.

„Człowiek, którego Celina bała się przez ostatnie tygodnie”. Kolejne nagranie z kamery umieszczonej przy wejściu na Rynek Główny pokazywało Celinę przechodzącą obok Sukiennic o 21:41. W tle wciąż widać było postać w ciemnej kurtce. Teraz może tylko 20 metrów za nią. Następnie Celina nagle zmieniła kierunek, skręcając w ulicę św. Anny, zamiast kontynuować trasę ulicą Grodzką.

Mężczyzna w kurtce natychmiast podążył za nią. „Testowała go” – powiedział Adrian, czując, jak jego serce przyspiesza. „Chciała sprawdzić, czy rzeczywiście ją śledzi”. To było ostatnie nagranie pokazujące Celinę. Kamera przy ulicy św. Anny była akurat tego dnia nieczynna z powodu awarii technicznej. Co stało się dalej? Można się było tylko domyślać na podstawie znalezionej torby i opowieści sąsiadki o próbie włamania do mieszkania.

Adrian wraz z zespołem 10 policjantów przesłuchał ponad 80 osób związanych z życiem Celiny. Wszyscy opisywali ją jako spokojną, pracowitą dziewczynę, która nie miała wrogów, konfliktów ani problemów. Jedynym niepokojącym elementem były jej opowieści Magdalenie z ostatnich tygodni o uczuciu bycia obserwowaną i śledzoną.

„Co, jeśli to seryjny porywacz?” – zastanawiał się głośno Adrian podczas jednej z odpraw. „Być może Celina nie była jego pierwszą ofiarą. Sprawdźmy podobne przypadki z ostatnich lat. Młode kobiety, studentki znikające wieczorem lub nocą bez wyraźnego powodu”. Analiza archiwów policyjnych wykazała trzy podobne przypadki z ostatnich dwóch lat.

Wszystkie dotyczyły młodych kobiet, które zniknęły wieczorami w dużych miastach Polski. Dwie w Warszawie, jedna we Wrocławiu. Dwie z tych spraw zostały rozwiązane. Okazało się, że kobiety same zdecydowały się wyjechać, nie informując o tym swoich bliskich. Ale jeden przypadek pozostawał niewyjaśniony. 23-letnia studentka medycyny z Warszawy, Zofia Malinowska, która zniknęła w drodze z uczelni do domu w listopadzie 2018 roku.

Jej ciało znaleziono trzy miesiące później w lesie pod Radzyminem, zakopane płytko pod ziemią. „Czy jest możliwe, że to ten sam sprawca?” – zapytał Adrian swojego przełożonego, komisarza Roberta Wiśniewskiego. „To możliwe, ale nie mamy wystarczających dowodów, by to potwierdzić” – odpowiedział Wiśniewski, przeglądając akta sprawy Zofii.

„W jej przypadku nie mieliśmy świadków mówiących o tym, że ktoś ją śledził. Nie znaleziono też żadnych śladów DNA na jej rzeczach. Ale faktem jest, że sposób działania jest podobny. Młoda studentka porwana wieczorem w drodze do domu bez świadków. Ja, zespół techników przeprowadził również szczegółową analizę wszystkich dostępnych nagrań z kamer monitoringu z trzech miesięcy poprzedzających zaginięcie Celiny.”

Było to żmudne zadanie, wymagające przeanalizowania ponad 200 godzin materiału wideo z różnych lokalizacji w centrum Krakowa. Analitycy szukali powtarzających się postaci w otoczeniu Celiny, osób, które mogły ją obserwować lub śledzić, nietypowych zachowań lub wzorców ruchu. W końcu, po tygodniu intensywnej pracy, analitycy zidentyfikowali postać mężczyzny w granatowej kurtce, który pojawiał się w pobliżu Celiny co najmniej osiem razy w ciągu miesiąca poprzedzającego jej zaginięcie.

Zawsze w pewnej odległości, zawsze z twarzą częściowo ukrytą pod kapturem lub za okularami przeciwsłonecznymi. Nagrania były zbyt niewyraźne, by mogły posłużyć do identyfikacji, ale potwierdzały przynajmniej jedno: Celina nie wymyśliła sobie, że ktoś ją śledzi. Pomimo intensywnych poszukiwań, trwających przez cały listopad i grudzień 2019 roku, śledztwo po dwóch miesiącach utknęło w martwym punkcie.

Policja nie miała żadnych konkretnych tropów prowadzących do Celiny ani do jej prawdopodobnego porywacza. Irena i Stanisław Adamczykowie wprowadzili się tymczasowo do Krakowa, wynajmując niewielkie mieszkanie blisko Rynku Głównego, by być na miejscu w przypadku jakichkolwiek nowych informacji. Codziennie odwiedzali komisariat, rozmawiali z Adrianem, rozwiesili setki plakatów z wizerunkiem Celiny na terenie całego miasta,

założyli stronę na Facebooku pod nazwą „Znajdźmy Celinę”, która w ciągu kilku tygodni zgromadziła ponad 20 000 obserwujących. Ludzie z całej Polski udostępniali zdjęcie Celiny, dzwonili z informacjami, proponowali pomoc. Ale dni mijały, a o Celinie wciąż nie było żadnych wiadomości. Nie użyła swojej karty bankowej, nie logowała się na swoje konta w mediach społecznościowych. Jej telefon pozostawał wyłączony, jakby po prostu rozpłynęła się w powietrzu tamtego październikowego wieczoru. „Gdzie ona może być?” – pytała Irena z rozpaczą w głosie, siedząc z Adrianem w małej kawiarni naprzeciwko komisariatu. Była to już ich dwudziesta ósma taka rozmowa od zaginięcia Celiny. „Minęły już dwa miesiące. Jeśli żyje, dlaczego się nie odezwała? A jeśli nie żyje…?” Jej głos załamał się. Nie była w stanie dokończyć tego zdania. Adrian położył dłoń na jej ramieniu. „Nie możemy tracić nadziei, pani Ireno. Widziałem przypadki, gdy ludzie odnajdywali się po wielu miesiącach, a nawet latach. Nie przestaniemy szukać, obiecuję”.

Ale w marcu 2020 roku świat się jeszcze bardziej skomplikował. Epidemia COVID-19 ogarnęła Polskę, wprowadzając nowe priorytety dla wszystkich służb państwowych, w tym policji. Adrian Mazurek został przeniesiony do nowo utworzonego zespołu zajmującego się przestępczością internetową związaną z pandemią.

Choć nadal myślał o Celinie każdego dnia, nie miał już czasu ani zasobów, żeby kontynuować prywatne poszukiwania. Mimo oficjalnego przeniesienia do nowego zespołu, Adrian nie zaprzestał całkowicie pracy nad sprawą Celiny. W wolnych chwilach, często późno w nocy, wracał do akt, przeglądał nagrania, analizował zeznania.

Co miesiąc spotykał się z naczelnikiem wydziału kryminalnego, by przypomnieć o sprawie i prosić o dodatkowe zasoby. Akta nie trafiły do archiwum spraw niewyjaśnionych; pozostawały na biurku Adriana jako stałe przypomnienie, że gdzieś tam być może Celina wciąż czeka na pomoc. „To już rok” – powiedziała Agnieszka, żona Adriana, gdy pewnego wieczoru zastała go w domowym gabinecie nad aktami sprawy.

„Wiesz, że statystycznie po takim czasie…” „Wiem, co mówią statystyki” – przerwał jej Adrian. „Ale to nie jest tylko statystyka, to Celina. Widziałem jej zdjęcia, rozmawiałem z jej rodzicami, z przyjaciółmi. Nie mogę po prostu odłożyć tego ad acta i udawać, że jej nigdy nie było”. Agnieszka objęła go ramieniem. „Rozumiem i podziwiam cię za to, ale musisz też dbać o siebie.

Ta sprawa cię pochłania”. Adrian westchnął, zamykając teczkę. „Czasami mam wrażenie, że coś przeoczamy. Jakiś drobny szczegół, który mógłby wszystko zmienić. Coś, co jest tuż przed naszymi oczami, ale nie potrafimy tego dostrzec”. Dla Ireny Adamczyk pierwsza fala pandemii była szczególnie trudna. Zamknięcie granic, zakazy przemieszczania się między miastami, ograniczenia w funkcjonowaniu instytucji publicznych.

Wszystko to oznaczało, że nie mogła już tak często jak wcześniej jeździć do Krakowa i spotykać się z policjantami prowadzącymi sprawę córki. Izolacja społeczna, która dla większości ludzi oznaczała tymczasowe utrudnienia, dla niej oznaczała całkowite odcięcie od jedynego źródła nadziei. „To tak, jakby świat o niej zapomniał” –

mówiła przez telefon do Adriana, który starał się regularnie dzwonić do państwa Adamczyków, mimo że oficjalnie już nie prowadził sprawy. „Najpierw zniknęła Celina, a teraz jakby cały świat się zatrzymał. Jak mam ją szukać, gdy nawet nie mogę wyjść z domu?” Podczas lockdownu Irena opracowała własny system poszukiwań. Każdego dnia przez dwie godziny przeglądała portale społecznościowe, szukając jakichkolwiek śladów córki.

Tworzyła grupy na Facebooku, wysyłała prywatne wiadomości do studentów z Krakowa, kontaktowała się z organizacjami pozarządowymi pomagającymi w poszukiwaniu zaginionych osób. Stanisław, jej mąż, początkowo próbował jej pomóc, ale z czasem popadł w apatię. Zamknięcie sklepu podczas pandemii oznaczało nie tylko straty finansowe, ale też utratę ostatniej aktywności, która dawała mu poczucie sensu.

Adrian, pomimo oficjalnych obowiązków związanych z cyberprzestępczością, nigdy nie przestał prywatnie myśleć o sprawie Celiny. W 2022 roku, gdy ograniczenia pandemiczne zostały zniesione, zaczął spędzać weekendy na własnych poszukiwaniach. Jeździł do małych miejscowości wokół Krakowa, rozmawiał z mieszkańcami, sprawdzał opuszczone budynki, stare kamieniołomy, leśne chaty.

Żona Agnieszka początkowo się martwiła o jego obsesję, ale z czasem zrozumiała, że ta sprawa stała się dla niego czymś więcej niż tylko obowiązkiem zawodowym. W drugą rocznicę zaginięcia Celiny Adrian zorganizował w Krakowie małą uroczystość przy pomniku Mickiewicza. W tym samym miejscu, gdzie trzy lata wcześniej Celina pozowała do zdjęcia, które teraz widniało na wszystkich plakatach poszukiwawczych.

Przyszło kilkadziesiąt osób: rodzina, przyjaciele, wolontariusze, którzy pomagali w poszukiwaniach. Zapalono znicze. Magdalena Urbańska, która w międzyczasie ukończyła studia i pracowała teraz jako psycholożka w ośrodku dla ofiar przemocy, odczytała wiersz Tetmajera, którego analizą Celina zajmowała się w swojej ostatniej pracy semestralnej.

„Nie przestaniemy jej szukać” – powiedział Adrian do zgromadzonych. „Dwa lata to długi czas, ale takie sprawy czasami rozwiązują się po latach. Ważne, byśmy nie zapomnieli, byśmy nie przestali pytać, byśmy nie odpuścili”. W trakcie trzeciego roku poszukiwań Adrian został awansowany na stopień komisarza i przeniesiony do wydziału zajmującego się poważnymi przestępstwami.

Wykorzystał tę okazję, by oficjalnie powrócić do sprawy Celiny. Tym razem z większymi uprawnieniami i zasobami. Zarządził ponowne przejrzenie wszystkich dowodów, przesłuchanie kluczowych świadków, analizę materiału DNA nowymi metodami, które nie były dostępne w 2019 roku. „Sprawa Celiny nigdy nie trafiła do archiwum” –

wyjaśnił swojemu nowemu zespołowi. „Formalnie jest to wciąż aktywne śledztwo i zamierzam je doprowadzić do końca”. Ale nikt z nich nie spodziewał się, że odpowiedzi przyjdą z zupełnie niespodziewanej strony. Sierpień 2024 roku, Warszawa. Komisarz Paweł Krajewski z Wydziału Kryminalnego Komendy Stołecznej Policji otrzymał rutynowe zgłoszenie o włamaniu do mieszkania na warszawskiej Pradze.

Właściciel lokalu, 40-letni Jacek Tomaszewski, informatyk pracujący dla międzynarodowej korporacji, wracając po sześciomiesięcznej podróży służbowej do Singapuru, stwierdził, że ktoś mieszkał w jego mieszkaniu bez pozwolenia przez cały czas jego nieobecności. „Wszystko było inaczej niż zostawiłem” – wyjaśniał Tomaszewski zdenerwowanym głosem policjantom, którzy przybyli na miejsce.

„Meble poprzesuwane, inne firany na oknach, ubrania w szafie, których nie rozpoznaję. Ktoś tu mieszkał przez wiele miesięcy, jakby był u siebie”. Gdy komisarz Krajewski wraz z grupą techników kryminalistycznych dotarł na miejsce przy ulicy Jagiellońskiej 45 na Pradze-Północ, zastali sytuację, która zdecydowanie odbiegała od standardowych przypadków nielegalnego zajmowania mieszkania.

Lokal nie tylko był czysty i uporządkowany, ale wyraźnie zamieszkiwany przez długi okres w sposób systematyczny i zorganizowany przez kogoś, kto dbał o detale i planował długoterminowy pobyt. W łazience znajdowały się męskie kosmetyki, drogie kremy do twarzy, woda kolońska, żel pod prysznic.

W kuchni stały nowiutkie naczynia, ekskluzywny ekspres do kawy, zestaw noży kuchennych wysokiej jakości. Lodówka była pełna świeżej żywności, co sugerowało, że osoba zamieszkująca nielegalnie mieszkanie opuściła je niedawno. Być może spłoszona informacją o powrocie właściciela. Prawdziwy szok przyszedł, gdy technik Marcin Górski odkrył pierwszą ukrytą skrytkę za ozdobną boazerią w łazience.

Wewnątrz znajdowała się kolekcja przedmiotów, których widok sprawił, że doświadczeni policjanci poczuli dreszcz grozy. Były tam fragmenty kobiecej biżuterii, kawałki odzieży damskiej, a przede wszystkim dziesiątki zdjęć młodych kobiet robionych z ukrycia. I w centrum tej makabrycznej kolekcji leżał telefon komórkowy w różowej obudowie z naklejkami Uniwersytetu Jagiellońskiego.

„Telefon jest zablokowany kodem PIN” – powiedział technik, próbując uruchomić urządzenie. „Ale na odwrocie obudowy jest naklejka z inicjałami C.A. i małym logo Uniwersytetu Jagiellońskiego”. Komisarz Krajewski natychmiast połączył się z centralną bazą danych policji. „Sprawdź wszystkie zaginięcia kobiet o inicjałach C.A. z ostatnich pięciu lat, ze szczególnym uwzględnieniem studentek UJ”.

Odpowiedź przyszła niemal natychmiast. „Celina Adamczyk, lat 21. W momencie zaginięcia studentka filologii polskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Zaginęła 28 października 2019 roku. Sprawa pozostaje niewyjaśniona. Prowadzona przez komisarza Adriana Mazurka z Komendy Wojewódzkiej w Krakowie”. Telefon był zarejestrowany na Celinę Adamczyk z Krakowa.

W galerii znajdowało się ponad 1000 zdjęć tej samej dziewczyny, robionych przez okres kilku miesięcy w różnych miejscach Krakowa. Ktoś śledził ją systematycznie, dokumentował każdy jej ruch, tworzył szczegółową chronologię jej codziennego życia. Ale to nie był koniec odkryć. W drugiej skrytce technik znalazł ręcznie zapisany notatnik pełen skomplikowanych symboli, rysunków i map.

Na pierwszy rzut oka wydawał się to być osobisty dziennik lub notes studencki, ale po dokładniejszej analizie okazało się, że zawiera szczegółowy system kodowania informacji o kobietach, które autor obserwował i potencjalnie zamierzał porwać. Jedna z sekcji, oznaczona inicjałami C.A., zawierała szczegółowy plan działania wraz z mapami, trasami ucieczkowymi, a nawet precyzyjnym harmonogramem.

Najbardziej niepokojącym elementem była mapa z zaznaczonym miejscem w lesie pod Morawicą, 12 km na południowy zachód od Krakowa, przy starym kamieniołomie wapienia. Lokalizacja była oznaczona czerwonym krzyżykiem i podpisana datą 28.10. Trzecia skrytka ujawniła jeszcze więcej niepokojących materiałów. Były to wycinki z gazet o zaginionych osobach z różnych miast Polski.

Szczegółowe mapy województw z zaznaczonymi pineskami, zdjęcia kilkunastu różnych młodych dziewczyn. Na ścianie sypialni, ukryte za kalendarzem, znajdowały się zdjęcia z notatkami, imionami, wiekiem, adresami, harmonogramami dnia. To był systematyczny katalog potencjalnych ofiar. Sprawdzenie dowodu osobistego znalezionego w mieszkaniu ujawniło tożsamość mieszkańca.

Tomasz Czyżewski, urodzony w 1981 roku w Łodzi. Sprawdzenie w systemie policyjnym pokazało szokującą historię kryminalną. Czyżewski był wcześniej karany za stalking, molestowanie i napaści na tle seksualnym. W 2009 roku został skazany na cztery lata więzienia za systematyczne śledzenie studentki Uniwersytetu Łódzkiego. Po wyjściu z więzienia w 2013 roku całkowicie zniknął z systemu.

„Mamy psychopatę, który poluje na młode kobiety” – podsumował komisarz Krajewski, przeglądając znalezione materiały. „I prawdopodobnie jest odpowiedzialny za zaginięcie Celiny Adamczyk sprzed pięciu lat”. Natychmiast powiadomiono komisarza Adriana Mazurka w Krakowie. Gdy odebrał telefon, jego głos był napięty od emocji. „Jesteś pewien, że to jej telefon?” „Masz stuprocentową pewność. Inicjały C.A. A naklejka UJ.

Różowa obudowa” – potwierdził Krajewski. „Ale to nie wszystko. W mieszkaniu znaleźliśmy szczegółowe mapy, notatki, zdjęcia Celiny robione z ukrycia. Ten człowiek ją śledził, dokumentował każdy jej ruch. A na jednej z map jest zaznaczone miejsce w lesie pod Krakowem z datami od 28 października do 4 listopada 2019”. Adrian poczuł, jakby ktoś uderzył go pięścią w żołądek.

Po pięciu latach czekania w końcu mieli konkretne tropy. Następnego dnia dotarł do Warszawy i wraz z komisarzem Krajewskim przeanalizował całą zawartość mieszkania. Najważniejszą wskazówką okazał się plan lokalizacji opisujący las pod Morawicą z dokładnymi współrzędnymi GPS. Podczas przeszukania mieszkania znaleziono również laptop, który okazał się prawdziwą skarbnicą informacji.

Czyżewski prowadził szczegółowy, zaszyfrowany dziennik swoich działań, który po złamaniu zabezpieczeń przez specjalistów ujawnił pełen obraz jego zbrodni. „Pięć ofiar” – powiedział analityk komputerowy, pokazując Adrianowi i Krajewskiemu odszyfrowane pliki. „Wszystkie to młode kobiety, studentki z różnych miast Polski: Kraków, Warszawa, Wrocław, Poznań, Łódź.

W przypadku czterech z nich mamy dokładne daty, miejsca, a nawet szczegółowe opisy tego, co z nimi robił. W przypadku jednej, Zofii Malinowskiej z Warszawy, znaleziono wcześniej ciało. Pozostałe ofiary wciąż są uznawane za zaginione”. „A Celina?” – zapytał Adrian, bojąc się usłyszeć odpowiedź. Analityk westchnął ciężko. „Według jego zapisków trzymał ją przez siedem dni w opuszczonej chacie myśliwskiej w lesie pod Morawicą.

Potem, gdy próbowała uciec, zabił ją przez uduszenie i zakopał ciało w pobliżu starego kamieniołomu”. Adrian zamknął oczy, czując mieszaninę bólu, gniewu i dziwnej ulgi. Po pięciu latach w końcu wiedział, co stało się z Celiną. Teraz musiał znaleźć jej ciało i sprowadzić mordercę przed wymiar sprawiedliwości. 23 sierpnia 2024 roku ekipa, złożona z Adriana, komisarza Krajewskiego, techników i przewodnika z psem tropiącym, dotarła do lasu pod Morawicą. Miejsce odpowiadało opisowi.

Stary kamieniołom wapienny, zarośnięty sosnowy las, charakterystyczne ukształtowanie terenu. Kamieniołom był nieczynny od lat 80., a teren stopniowo zarastał dziką roślinnością. Było to miejsce rzadko odwiedzane przez turystów, idealne do ukrycia czegoś, co nie powinno być znalezione. Znalezienie dokładnej lokalizacji zajęło im prawie dwie godziny.

Teren był zarośnięty, trudno dostępny, pełen gęstych krzaków i powalonych drzew. Ale w końcu, około południa, jeden z psów tropiących zaczął wykazywać wyraźne oznaki pobudzenia przy pewnym zagajniku sosen. Miejsce było częściowo zakryte gałęziami i kamieniami, ale wyraźnie widać było, że ktoś niedawno naruszał powierzchnię ziemi.

„Tutaj!” – zdecydował Adrian, wskazując miejsce technikom. „Zaczynajmy kopać”. Po czterech godzinach żmudnej, metodycznej pracy technik zatrzymał się i wezwał Adriana. „Komisarzu, proszę tu podejść. Mamy ludzkie szczątki”. W wykopie, na głębokości około metra i dwudziestu centymetrów, leżały kości, które wyraźnie należały do człowieka.

Obok znajdowały się fragmenty odzieży: szary płaszcz, jasny sweter, ciemne buty na niskim obcasie. Dokładnie takie ubrania miała na sobie Celina w dzień swojego zaginięcia. Wśród szczątków znaleziono też srebrny pierścionek z małym rubinem. Charakterystyczny pierścionek robiony na zamówienie przez lokalnego jubilera w Dębicy, z wygrawerowanymi inicjałami C.A. na wewnętrznej stronie obrączki.

To ostatecznie potwierdziło tożsamość ofiary. „To na pewno ona” – powiedział Adrian z mieszaniną ulgi i smutku. „Wreszcie możemy poinformować rodzinę o tym, co się stało”. Badania medycyny sądowej ujawniły przerażające szczegóły ostatnich chwil życia Celiny. Została porwana żywa i przetrzymywana w niewoli przez około tydzień przed śmiercią.

Przyczyną zgonu było uduszenie. „Sprawca nie zabił ofiary od razu” – tłumaczył biegły. „Przetrzymywał ją przez jakiś czas w ukrytym miejscu, prawdopodobnie czerpiąc satysfakcję z władzy nad nią”. Te informacje były druzgocące dla rodziny Celiny, ale jednocześnie dawały im to, na co czekali przez pięć długich lat: pewność.

Irena Adamczyk, choć zrozpaczona, powiedziała: „Przynajmniej teraz wiemy prawdę. Przez te wszystkie lata miałam nadzieję, że może gdzieś żyje, że może kiedyś do nas wróci. Teraz mogę się z nią pożegnać i godnie ją pochować”. Odnalezienie Tomasza Czyżewskiego stało się priorytetem numer jeden dla polskiej policji. Jego zdjęcie zostało rozesłane do wszystkich komisariatów w kraju.

Media otrzymały oficjalne komunikaty z prośbą o pomoc w poszukiwaniach, a nagroda za informacje została ustalona na 100 000 zł. Przełom nastąpił 10 dni później. Tomasz Czyżewski został rozpoznany przez przypadek na Dworcu Centralnym w Warszawie przez policjantkę jadącą do pracy. Próbował kupić bilet do Berlina, prawdopodobnie planując ucieczkę za granicę. Miał ze sobą fałszywy dowód osobisty i około 30 000 zł w gotówce. Policjantka, sierżant Karolina Zając, wracała z nocnej zmiany, gdy zauważyła mężczyznę stojącego w kolejce do kasy biletowej. Jego twarz wydała jej się znajoma. Dopiero co widziała ją na odprawie jako osobę poszukiwaną w związku z wieloma morderstwami. Nie była uzbrojona i nie miała przy sobie kajdanek, więc, zachowując spokój, dyskretnie wycofała się z tłumu i zadzwoniła na komisariat.

„Mam Czyżewskiego!” – powiedziała cicho do słuchawki. „Dworzec Centralny, kasa numer 7. Stoi w kolejce, próbuje kupić bilet. Wygląda, jakby zamierzał wyjechać z kraju”. Akcja zatrzymania przebiegła błyskawicznie. Grupa kontrterrorystyczna otoczyła dworzec w ciągu 20 minut. Czyżewski nie próbował uciekać ani stawiać oporu.

Gdy funkcjonariusze podeszli do niego, jedyne, co powiedział, to: „Wreszcie to się skończyło. Nie chcę już dłużej uciekać”. Przesłuchanie Tomasza Czyżewskiego rozpoczęło się o 17:30 w specjalnie przygotowanej sali w krakowskim areszcie. Adrian Mazurek, który przez pięć lat nie mógł zapomnieć o tej sprawie, w końcu siedział naprzeciwko człowieka odpowiedzialnego za śmierć Celiny.

Czyżewski miał 43 lata. Był wysokim, szczupłym mężczyzną o inteligentnych, ale zimnych oczach. Podczas pierwszych godzin przesłuchania zachowywał się spokojnie. Odpowiadał na pytania konkretnie, bez emocji. Wyglądał raczej jak księgowy czy urzędnik banku, a nie jak brutalny morderca. Początkowo zaprzeczał wszystkiemu, ale gdy Adrian przedstawił mu wszystkie dowody: DNA znalezione na torbie Celiny, jego odciski palców w mieszkaniu na Pradze, szczegółową mapę miejsca ukrycia ciała, jego opór się załamał.

„Nie planowałem jej zabić” – powiedział w końcu po 12 godzinach przesłuchania. Jego głos był monotonny, jakby opowiadał o czymś, co widział w telewizji. „Chciałem ją tylko mieć. Śledziłem ją przez trzy miesiące. Była taka czysta, niewinna, inteligentna. Idealnie pasowała do mojego wzorca”. Adrian, słuchając tych słów, musiał się powstrzymywać od wybuchu gniewu.

„Opowiedz mi o tym wieczorze 28 października” – powiedział, starając się zachować spokojny ton. Czyżewski opowiedział o wydarzeniach tamtej nocy. Śledził Celinę od biblioteki, czekając na odpowiedni moment. Gdy skręciła w uliczkę św. Anny, podszedł do niej z nożem, zmuszając do posłuszeństwa. Zaciągnął ją do zaparkowanego w pobliżu samochodu i zawiózł do opuszczonej chaty myśliwskiej w lesie pod Morawicą, którą wcześniej przygotował jako swoją bazę operacyjną.

„Tę chatę znalazłem przypadkiem podczas jednej z moich wycieczek rowerowych” – tłumaczył beznamiętnie Czyżewski. „Była opuszczona od lat, zarośnięta krzakami, prawie niewidoczna z głównych ścieżek. Należała kiedyś do koła łowieckiego, ale po jakimś konflikcie z leśnictwem nikt jej już nie używał. Przez dwa miesiące przyjeżdżałem tam regularnie.

Naprawiłem dach, wzmocniłem drzwi, zainstalowałem zamki. Przygotowałem miejsce specjalnie dla niej”. Adrian z trudem panował nad emocjami. „Co działo się w tych dniach, gdy ją tam przetrzymywałeś?” Czyżewski przez moment milczał, jakby zbierał myśli. „Pierwszy dzień była nieprzytomna. Podałem jej środki uspokajające, które kupiłem przez internet.

Przywiązałem ją do łóżka, które wcześniej tam przygotowałem. Gdy się obudziła, krzyczała i płakała, więc założyłem jej knebel, ale po dwóch dniach zrozumiała, że to nie ma sensu. Zaczęła ze mną rozmawiać”. „Rozmawiać?” – zapytał z niedowierzaniem Adrian. „Tak. Pytała mnie, dlaczego ją wybrałem, co zamierzam z nią zrobić.

Powiedziałem, że jest wyjątkowa, że obserwowałem ją od miesięcy i wiedziałem, że musi być moja. Obiecałem, że jeśli będzie współpracować, to nic jej nie zrobię. Pozwoliłem jej korzystać z łazienki. Dawałem jedzenie i wodę. Nawet czasem rozwiązywałem jej ręce, gdy byłem pewien, że nie spróbuje uciec”. „Przetrzymywałeś ją tam przez tydzień” –

stwierdził Adrian. „Co robiłeś przez ten czas?” Czyżewski spuścił wzrok. „Rozmawiałem z nią. Chciałem ją poznać. Opowiadała mi o studiach, o rodzinie, o planach na przyszłość. Była taka żywa. Mówiła o swojej pracy magisterskiej, o tym, jak chce zostać profesorem, pomagać dzieciom z problemami mowy. Miała całe życie przed sobą”. „I pomimo tego postanowiłeś ją zabić”.

„Ona cały czas próbowała uciec. Szóstej nocy prawie się jej udało. Znalazła sposób na rozluźnienie więzów i dobiegła prawie do drogi. Goniłem ją przez las. Wtedy… wtedy straciłem kontrolę nad sobą”. Adrian pochylił się nad stołem, patrząc prosto w oczy Czyżewskiego. „Co dokładnie się stało?” „Złapałem ją przy wyjściu z lasu.

Próbowała krzyczeć, więc zatkałem jej usta dłonią. Ścisnąłem zbyt mocno. Nie chciałem jej zabić. Naprawdę chciałem tylko, żeby była cicho, żeby nikt jej nie usłyszał. Ale gdy poczułem, jak przestaje się szarpać, jak jej ciało staje się bezwładne, było już za późno. A potem zaniosłem ją z powrotem do chaty. Siedziałem przy niej całą noc.

Nie mogłem uwierzyć, że nie żyje. Rano wiedziałem, że muszę się jej pozbyć. Znalazłem miejsce przy starym kamieniołomie, wykopałem płytki grób i tam ją pochowałem. Potem wróciłem do Warszawy i starałem się o tym zapomnieć”. Zeznania Czyżewskiego ujawniły pełen obraz jego psychopatii. Nie tylko śledził Celinę. Robił to z wieloma innymi kobietami w różnych miastach Polski przez ostatnie 10 lat. Miał całą kolekcję zdjęć, notatek, planów. Celina była jego pierwszą ofiarą śmiertelną, ale nie jedyną, którą zaatakował. „Ile ich było?” – zapytał Adrian. „Nie pamiętam dokładnie, może 12, może 15. Ale Celina była specjalna.

Najbardziej przypominała mi mój ideał kobiety”. „A te inne kobiety, co się z nimi stało?” „Większość tylko śledziłem, dokumentowałem ich życie. Niektóre próbowałem porwać, ale uciekły albo ktoś im pomógł. Z czterema zrobiłem to samo, co z Celiną”. Adrian poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy. „Zabiłeś cztery inne kobiety?”

Czyżewski kiwnął głową, nie okazując żadnych emocji. „Zofia Malinowska z Warszawy w 2018, Aleksandra Witkowska z Wrocławia w 2020, Kamila Rogowska z Poznania w 2022 i Natalia Kowalczyk z Łodzi w 2023”. Dalsze śledztwo ujawniło jeszcze więcej ofiar. Kobiety z Łodzi, Wrocławia, Poznania, Gdańska – wszystkie to młode studentki lub absolwentki, wszystkie zaatakowane w podobny sposób.

Większość zdołała uciec lub otrzymać pomoc na czas, ale były też takie, które znikały bez śladu i nigdy nie zostały oficjalnie powiązane z Czyżewskim. „Jestem chory” – powiedział w końcu, patrząc Adrianowi prosto w oczy. „Wiem, że to, co robiłem, było złe, ale nie mogłem się powstrzymać. Te fantazje, te obsesje… To było silniejsze ode mnie”.

Ale Adrian nie dał się wprowadzić w błąd pozornej skrusze sprawcy. „Przez pięć lat ukrywałeś się, planowałeś kolejne przestępstwa, prowadziłeś systematyczny tryb życia. To nie była choroba. To były świadome wybory”. „Nie rozumiesz” – odpowiedział Czyżewski, a w jego głosie po raz pierwszy pojawił się cień emocji. „Te kobiety były tak piękne, tak czyste.

Musiałem je mieć dla siebie. Każda z nich miała coś, co mnie przyciągało. Sposób, w jaki się poruszały, jak mówiły, jak patrzyły na świat. Celina miała w sobie coś wyjątkowego. Tę miłość do literatury, tę pasję do życia. Gdy z nią rozmawiałem w tych ostatnich dniach, czułem się, jakbym naprawdę kogoś rozumiał i był rozumiany.

To było piękne”. Adrian uderzył pięścią w stół. „Piękne?! Porwałeś niewinną kobietę. Terroryzowałeś ją przez tydzień, a potem zabiłeś. Co w tym jest pięknego?” Czyżewski spojrzał na niego z dziwnym spokojem. „Teraz już wiem, że to było złe. Dlatego nie uciekałem, gdy mnie znaleźliście. Jestem zmęczony. Te wszystkie lata ukrywania się, planowania, ciągłego myślenia o tym… to wyczerpuje.

Chcę, żeby to się już skończyło”. Po 24 godzinach przesłuchania Czyżewski formalnie przyznał się do porwania i zabójstwa Celiny Adamczyk oraz czterech innych kobiet. Podał szczegółowe lokalizacje, gdzie ukrył ich ciała. Specjalne zespoły poszukiwawcze zostały natychmiast wysłane do tych miejsc. W ciągu następnych dni odnaleziono szczątki Aleksandry, Kamili i Natalii.

Ciało Zofii zostało odnalezione już wcześniej, wkrótce po jej zaginięciu. Adrian osobiście pojechał do Dębicy, by poinformować Irenę i Stanisława Adamczyków o wynikach śledztwa. Było to jedno z najtrudniejszych zadań w jego karierze. Powiedzieć rodzicom, że ich córka nie tylko nie żyje, ale że przez ostatni tydzień życia była przetrzymywana i terroryzowana przez psychopatę.

Siedzieli w małym salonie domu Adamczyków, gdzie na każdej ścianie wisiały zdjęcia Celiny, od dzieciństwa aż po studia. Irena trzymała w dłoniach kubek herbaty, który drżał lekko, gdy Adrian opowiadał im o znalezionych dowodach. „Czy… czy cierpiała?” – zapytała w końcu. Jej głos był cichy, ale zdeterminowany, by poznać prawdę. Adrian zawahał się.

Nie chciał ich bardziej ranić, ale wiedział też, że zasługują na szczerość. „Według zeznań Czyżewskiego zmarła szybko, przez uduszenie. Nie było śladów tortur czy innych form znęcania się. Przetrzymywał ją przez tydzień, ale zeznał, że dawał jej jedzenie i pozwalał korzystać z łazienki”. „Czyli przez tydzień wiedziała, że umrze” –

powiedziała Irena, a łzy spływały po jej policzkach. „Przez tydzień była przerażona sama z tym potworem. Moja mała dziewczynka tak bardzo musiała się bać”. Stanisław, który przez całe spotkanie siedział w milczeniu, nagle podniósł głowę. „Czy próbowała uciec?” „Tak” – odpowiedział Adrian. „Szóstej nocy prawie jej się udało.

Według zeznań Czyżewskiego zdołała uwolnić się z więzów i dobiec prawie do drogi. Walczyła do końca”. Irena uśmiechnęła się przez łzy. „To moja Celina. Zawsze była taka waleczna, nigdy się nie poddawała. Nawet gdy miała problemy z mową jako dziecko, pracowała codziennie, aż pokonała tę trudność. Była taka silna”. „Chcemy zobaczyć jego twarz” – powiedział nagle Stanisław.

„Chcemy być na rozprawie, patrzeć mu w oczy, gdy będzie skazywany. Chcemy, żeby wiedział, że Celina nie była sama, że miała rodzinę, która ją kochała i nigdy o niej nie zapomni”. Adrian kiwnął głową. „Oczywiście będziemy was informować o każdym etapie procesu i obiecuję wam, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, by otrzymał najwyższy możliwy wyrok”.

Gdy wychodził z domu Adamczyków, Irena podała mu małe pudełeczko. „To dla pana, komisarzu. Znaleźliśmy to wśród rzeczy Celiny, które zostawiła w domu podczas ostatnich wakacji”. Adrian otworzył pudełeczko. W środku był mały srebrny medalik z wizerunkiem św. Krzysztofa, patrona podróżnych. „Celina dostała go od babci przed wyjazdem na studia” – wyjaśniła Irena.

„Miał ją chronić w drodze. Niestety nie udało mu się. Ale chcielibyśmy, żeby pan go miał za wszystko, co pan dla nas zrobił przez te lata. Za to, że pan nigdy nie przestał jej szukać”. Adrian poczuł, jak łzy napływają mu do oczu. „Dziękuję. Będę go nosił z dumą”. Proces Tomasza Czyżewskiego rozpoczął się 21 stycznia 2025 roku przed Sądem Okręgowym w Krakowie.

Był to jeden z najgłośniejszych procesów karnych w Polsce w tamtym roku. Media nazwały go „procesem dekady w sprawie przestępstw na tle seksualnym”, a rodzina Celiny stała się symbolem walki o sprawiedliwość dla ofiar przemocy. Sala sądowa przy ulicy Senackiej była wypełniona po brzegi. Oprócz rodziny i przyjaciół Celiny przyszły też przedstawicielki organizacji feministycznych, studentki z Uniwersytetu Jagiellońskiego, dziennikarze z całej Polski.

Wszyscy chcieli zobaczyć mężczyznę, który przez lata terroryzował młode kobiety, pozostając bezkarny. Gdy wprowadzono Czyżewskiego, na sali zapadła cisza. Wielu spodziewało się zobaczyć potwora, człowieka o dzikim wyglądzie, który pasowałby do okrucieństwa jego zbrodni.

Zamiast tego ujrzeli przeciętnie wyglądającego mężczyznę w średnim wieku, w okularach i schludnym ubraniu. Jego spokojne, niemal obojętne zachowanie wydawało się jeszcze bardziej przerażające niż jakikolwiek wybuch agresji. Prokurator przedstawił obszerny akt oskarżenia, detalicznie opisując każde z pięciu zabójstw, których dopuścił się Czyżewski, a także liczne przypadki stalkingu, prób porwania i innych przestępstw.

Dowody były przytłaczające: DNA, szczegółowe zeznania samego oskarżonego, dokumentacja znaleziona w jego mieszkaniu, ciała ofiar odnalezione dokładnie tam, gdzie wskazał. Irena Adamczyk zeznawała jako jedna z pierwszych. Opisała swoją córkę, jej marzenia o karierze naukowej, plany na przyszłość, miłość do literatury i języka polskiego.

„Celina chciała zostać profesorem uniwersytetu” – mówiła przez łzy. „Marzyła o napisaniu książki o poezji młodopolskiej. Planowała założenie rodziny. Miała chłopaka, z którym chciała się zaręczyć po ukończeniu studiów. Miała jeszcze tyle do zrobienia, tyle do dania światu. Ten człowiek odebrał nam nie tylko córkę, ale też wszystkie jej niespełnione marzenia”.

Stanisław, zazwyczaj małomówny i zdystansowany, tym razem nie mógł powstrzymać emocji. „Przez 5 lat codziennie budziłem się z myślą, że może właśnie dziś Celina wróci do domu. Może dziś zadzwoni telefon i usłyszę jej głos. Nawet gdy rozum podpowiadał, że to niemożliwe, serce wciąż miało nadzieję. Ten człowiek nie tylko zabił moją córkę, zabił też część mnie. Część, która nigdy już nie wróci”. Magdalena Urbańska opowiedziała o ostatnich tygodniach życia Celiny, o jej obawach związanych z uczuciem bycia obserwowaną, o ich przyjaźni i wspólnych planach na przyszłość. „Celina była najlepszym człowiekiem, jakiego znałam” – mówiła. „Zawsze pomagała innym, zawsze była gotowa wysłuchać czyichś problemów.

Marzyła o tym, żeby pomagać dzieciom z trudnościami w mowie, bo sama w dzieciństwie miała podobne problemy. Nie zasłużyła na to, co jej zrobił”. Profesor Henryk Borkowski mówił o talencie naukowym Celiny, o jej pracy magisterskiej, która mogła stać się podstawą do kariery akademickiej. „Straciliśmy młody, błyskotliwy umysł” –

stwierdził. „Celina miała wszystkie predyspozycje, żeby zostać wybitnym polonistą. Jej analiza twórczości Przerwy-Tetmajera była niezwykle dojrzała jak na osobę w jej wieku. To świadectwo jej inteligencji i pasji zostanie z nami na zawsze”. Profesor przyniósł też ze sobą plik papierów – ostatnią pracę semestralną Celiny, którą znaleziono w jej torbie.

„Postanowiłem dokończyć to, czego Celina nie mogła” – powiedział, pokazując książkę wydaną przez uniwersyteckie wydawnictwo. „Na podstawie jej notatek i wstępnych rozdziałów wraz z grupą doktorantów stworzyliśmy pełną publikację jej analizy literatury młodopolskiej. Została wydana pod jej nazwiskiem. To mała rzecz, ale chcieliśmy, żeby jej praca, jej pasja nie poszła na marne”.

Pani Helena Górska, bibliotekarka, która jako ostatnia widziała Celinę przed zaginięciem, nie mogła powstrzymać łez podczas zeznań. „Czasami myślę, że gdybym zatrzymała ją tamtego wieczoru jeszcze chwilę dłużej, gdybym poprosiła o pomoc w ustawieniu książek albo zaproponowała herbatę, może uniknęłaby spotkania z nim.

Może byłaby dziś wśród nas”. Pan Józef Pietrzak, emerytowany nauczyciel, który odnalazł torbę Celiny, opowiedział o tamtym poranku, gdy jego pies Hugo zwrócił jego uwagę na coś ukrytego w krzakach. „Nie spodziewałem się, że to będzie początek rozwiązania tak strasznej sprawy. Gdy zobaczyłem dokumenty z imieniem Celiny, od razu pomyślałem o tych wszystkich plakatach, które widziałem w mieście.

O tej młodej dziewczynie, której wszyscy szukali. Czułem się, jakby Hugo dał jej głos, możliwość, by ktoś ją odnalazł”. Adrian Mazurek, występujący jako główny świadek w sprawie, szczegółowo opisał przebieg pięcioletniego śledztwa, trudności, które napotykali, momenty zwątpienia i w końcu przełom, który nastąpił dzięki przypadkowemu zgłoszeniu włamania w Warszawie.

„Ta sprawa nauczyła mnie, że nigdy nie wolno się poddawać” – powiedział. „Że sprawiedliwość czasem przychodzi późno, ale zawsze przychodzi”. Tomasz Czyżewski słuchał wszystkich zeznań bez reakcji, jakby dotyczyły kogoś obcego. Jego adwokat, mecenas Stanisław Dębowski, próbował bronić go na podstawie zaburzeń psychicznych, przedstawiając ekspertyzy psychiatrów, którzy diagnozowali u niego poważne zaburzenia osobowości o charakterze narcystyczno-socjopatycznym.

Ale kolejne ekspertyzy, zlecone przez sąd, wykazały jednoznacznie, że w pełni zdawał sobie sprawę ze swoich czynów i był zdolny do ponoszenia odpowiedzialności karnej. „Oskarżony działał w pełni świadomie i z premedytacją” – stwierdził biegły psychiatra, doktor Andrzej Górski z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie.

„Jego przestępstwa były starannie planowane i wykonywane z zachowaniem środków ostrożności. To nie była działalność pod wpływem impulsu, ale systematyczna działalność przestępcza, rozciągnięta w czasie. Oskarżony wykazuje pełną zdolność do ponoszenia odpowiedzialności karnej”. Podczas procesu ujawniono też inne szczegóły życia Czyżewskiego.

Pochodził z pozornie normalnej rodziny z Łodzi. Ojciec był nauczycielem matematyki. Matka pracowała w administracji urzędu miasta. Ale już w szkole podstawowej wykazywał niepokojące zachowania wobec koleżanek z klasy. W wieku nastoletnim został czasowo wykluczony ze szkoły średniej za śledzenie i nękanie młodej nauczycielki języka polskiego.

„Zawsze był samotnikiem” – zeznawał jego dawny kolega ze szkoły. „Nie miał przyjaciół, zawsze trzymał się na uboczu, ale miał obsesję na punkcie niektórych dziewczyn z klasy. Robił im zdjęcia z ukrycia, zbierał rzeczy, które zostawiały: gumki do włosów, długopisy, karteczki z notatkami. Wszyscy myśleliśmy, że to dziwne, ale nikt nie spodziewał się, że wyrośnie z niego morderca”.

Po ukończeniu studiów informatycznych na Politechnice Łódzkiej przez kilka lat pracował w różnych firmach IT, ale zawsze był zwalniany z powodu problemów w kontaktach z kobietami. Od 2005 roku żył z kradzieży, oszustw internetowych i drobnych przestępstw, jednocześnie realizując swoje obsesyjne fantazje związane ze śledzeniem kobiet.

„Ile ich było łącznie?” – zapytał podczas zeznań prokurator. „Nie pamiętam dokładnie, może 20, może 30 przez wszystkie te lata, ale tylko kilka… tylko kilka skończyło się tak jak z Celiną”. Te słowa wywołały poruszenie na sali. Czyżewski przyznał się pośrednio do innych morderstw, które mogły nigdy nie zostać oficjalnie z nim powiązane.

Gdy przyszła kolej na samego oskarżonego, jego zeznania były zdumiewająco spokojne i metodyczne. Opisywał swoje zbrodnie z precyzją naukowca omawiającego eksperyment, bez cienia emocji czy skruchy. Mówił o swoich metodach wyboru ofiar, o sposobach śledzenia ich, o technikach porwania. Jego chłodny, analityczny ton sprawiał, że słuchanie go było jeszcze bardziej przerażające.

„Celina była wyjątkowa” – powiedział, patrząc prosto na rodzinę Adamczyków. „Miała w sobie pasję do życia, którą chciałem posiadać. Śledziłem ją przez trzy miesiące, poznając każdy aspekt jej życia. Wiedziałem, gdzie mieszka, jakie ma zajęcia, gdzie lubi chodzić. Znałem jej ulubione książki, kawiarnie, trasy spacerów.

Kiedy w końcu ją porwałem, czułem się, jakbym ją znał od lat”. Irena Adamczyk wybuchnęła płaczem, słysząc te słowa. Stanisław objął ją ramieniem, patrząc na Czyżewskiego z mieszaniną nienawiści i niedowierzania. „Co czułeś, gdy umierała?” – zapytał prokurator. Czyżewski zamyślił się na moment. „Nie wiem. To był moment, gdy straciłem kontrolę.

Chciałem tylko, żeby była cicho. Gdy zorientowałem się, że nie oddycha, poczułem rozczarowanie, jakby cały mój wysiłek poszedł na marne”. „Rozczarowanie?” Prokurator nie krył oburzenia. „Zabiłeś młodą kobietę. Zniszczyłeś życie jej rodzinie. A ty mówisz o rozczarowaniu?” „Tak” – odpowiedział Czyżewski. „Nie chciałem, żeby umarła. Chciałem ją zatrzymać,

mieć dla siebie. Jej śmierć była nieplanowanym zakończeniem”. Po trzymiesięcznym procesie, podczas którego przesłuchano ponad 80 świadków i przedstawiono setki dowodów rzeczowych, sąd ogłosił wyrok. Tomasz Czyżewski został skazany na karę dożywotniego pozbawienia wolności za zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem, pozbawienie wolności innych ofiar i wielokrotny stalking.

W uzasadnieniu wyroku sędzia Barbara Gajewska stwierdziła: „Oskarżony kierował się najniższymi pobudkami, zadając niewyobrażalne cierpienie młodej, niewinnej kobiecie i jej rodzinie. Jego czyny nosiły znamiona szczególnego okrucieństwa i całkowitego braku poszanowania dla ludzkiej godności.

Planował swoje przestępstwa przez długie miesiące. Wykorzystywał zaufanie i bezbronność swoich ofiar. Jedyną adekwatną karą jest najsurowsza kara przewidziana przez polskie prawo”. Sędzia dodała także: „Szczególnie niepokojący jest całkowity brak skruchy u oskarżonego, jego chłodny, kalkulacyjny stosunek do własnych zbrodni.

Tomasz Czyżewski stanowi trwałe zagrożenie dla społeczeństwa, zwłaszcza dla młodych kobiet, i prawdopodobnie nigdy nie powinien zostać zwolniony z więzienia”. Czyżewski wysłuchał wyroku bez reakcji. Nie przeprosił rodziny Celiny, nie wyraził skruchy, nie okazał żadnego żalu za swoje czyny. Jedyne, co powiedział po ogłoszeniu wyroku, to: „Przyjmuję tę karę.

Wiedziałem, że tak to się skończy”. Gdy wyprowadzano go z sali, Irena Adamczyk wstała i zawołała: „Czy wiesz, co zabrałeś światu? Czy w ogóle rozumiesz, co zniszczyłeś?”. Czyżewski zatrzymał się na moment i spojrzał na nią. Po raz pierwszy na jego twarzy pojawił się cień emocji. Coś, co mogło być smutkiem lub żalem. „Wiem” – odpowiedział cicho.

„I za to będę płacić do końca życia”. Po zakończeniu procesu życie rodziny i przyjaciół Celiny rozpoczęło powolny proces dochodzenia do siebie. Irena Adamczyk, mimo całego bólu, powiedziała dziennikarzom: „Sprawiedliwość została wymierzona. Ten człowiek nigdy już nie skrzywdzi żadnej innej kobiety, ale to nie przywróci mi córki.

Celina na zawsze zostanie w naszych sercach jako młoda, inteligentna dziewczyna, pełna marzeń”. Adrian Mazurek, który przez pięć lat pracował nad tą sprawą, miał mieszane uczucia. „Ta sprawa nauczyła mnie, że nie można nigdy rezygnować z poszukiwań prawdy” – mówił podczas konferencji prasowej. „Celina Adamczyk zasługiwała na sprawiedliwość, a jej rodzina na odpowiedzi.

Cieszę się, że udało nam się je w końcu znaleźć”. W jego domu, w małej szkatułce na biurku, leżał srebrny medalik św. Krzysztofa, który dała mu Irena. Czasami, gdy pracował nad szczególnie trudnymi sprawami, dotykał go, jakby szukając inspiracji lub otuchy. Historia Celiny stała się również impulsem do zmian w systemie ochrony świadków i ofiar przestępstw.

Jej imię nosi obecnie Krakowska Fundacja Pomocy Ofiarom Przemocy, która wspiera rodziny zaginionych osób i pomaga w długoterminowej terapii ofiar traumy. Fundacja organizuje również programy edukacyjne w szkołach średnich i na uniwersytetach, ucząc młode kobiety, jak rozpoznawać sygnały niebezpieczeństwa i jak się chronić.

Magdalena Urbańska, która ukończyła studia psychologiczne i specjalizuje się teraz w pomocy ofiarom stalkingu, mówi: „Celina zawsze chciała pomagać innym. Teraz jej historia pomaga chronić inne kobiety przed podobnym losem. Organizujemy warsztaty dla studentek o bezpieczeństwie osobistym. O tym, jak rozpoznać, gdy ktoś nas śledzi.

Jak reagować w sytuacjach zagrożenia. To jest jej prawdziwy pomnik”. Warsztatami objęto ponad 40 uczelni w całej Polsce. Każda uczestniczka otrzymuje specjalną aplikację na telefon z przyciskiem alarmowym, który w sytuacji zagrożenia natychmiast powiadamia policję i bliskich o lokalizacji właścicielki. System ten, nazwany Alert Celiny, już kilkakrotnie pomógł w zapobieżeniu atakom na młode kobiety.

„Gdyby Celina miała taką możliwość tamtego wieczoru” – mówi Magdalena – „może dziś byłaby wśród nas. Ale dzięki jej historii tysiące innych dziewczyn ma teraz lepszą ochronę”. Uniwersytet Jagielloński ustanowił stypendium imienia Celiny Adamczyk dla studentów filologii polskiej, którzy specjalizują się w literaturze młodopolskiej.

Co roku trzech najlepszych studentów otrzymuje finansowe wsparcie na badania naukowe i publikacje. Pierwsza laureatka, Dorota Fiłonowicz, napisała pracę magisterską inspirowaną ostatnim, niedokończonym projektem Celiny. „Czułam, jakby była ze mną podczas pisania” – wyznała podczas uroczystości wręczenia stypendium – „jakby jej duch, jej pasja do literatury, jej miłość do słowa pisanego prowadziły mnie przez najtrudniejsze momenty”.

Grób Celiny na cmentarzu parafialnym w Dębicy jest zawsze ozdobiony świeżymi kwiatami. Irena Adamczyk odwiedza go każdą niedzielę po mszy świętej, opowiadając córce o bieżących wydarzeniach, o zmianach w miasteczku, o tym, jak bardzo wszystkim jej brakuje. „Mówię jej o książkach, które by się jej podobały, o nowych odkryciach w polskiej literaturze, o studentach, którzy kontynuują badania nad poezją młodopolską” – mówi.

„Opowiadam jej też o fundacji, która nosi jej imię, o dziewczynach, które dzięki programom edukacyjnym może unikną podobnego losu”. Stanisław Adamczyk po latach depresji znalazł nowy sens życia, pomagając w prowadzeniu fundacji. „Nie mogę przywrócić życia mojej córce” – mówi – „ale mogę sprawić, żeby jej śmierć nie poszła na marne.

Jeśli choć jedna dziewczyna będzie bezpieczniejsza dzięki temu, co robimy, to Celina nie umarła bez powodu”. W piątą rocznicę śmierci Celiny, w październiku 2024 roku, w Krakowie odbyła się specjalna uroczystość. Na dziedzińcu Collegium Maius odsłonięto tablicę pamiątkową z jej imieniem i cytatem z wiersza Tetmajera, który analizowała w swojej ostatniej pracy:

„Miłość to światło, co rozjaśnia mroki życia, gdy ciemność wokół nas zapada”. Pod tablicą zawsze leżą świeże kwiaty i palą się znicze pozostawiane przez studentów, którzy nigdy nie poznali Celiny, ale znają jej historię. Profesor Henryk Borkowski dokończył i opublikował pracę magisterską Celiny pod tytułem „Motywy miłości niespełnionej w poezji Kazimierza Przerwy-Tetmajera”, dedykując publikację jej pamięci.

Praca została wydana przez Universitas i stała się pozycją obowiązkową na studiach polonistycznych w całej Polsce. „Ta praca pokazuje, jak wielki talent mieliśmy w Celinie” – napisał w przedmowie. „Jej analiza literatury młodopolskiej była niezwykle dojrzała i oryginalna. To świadectwo jej inteligencji i pasji zostanie z nami na zawsze”.

Tomasz Czyżewski odbywa swoją karę w zakładzie karnym w Grochowiskach Śląskich, w oddziale o najwyższym stopniu zabezpieczenia. Zgodnie z wyrokiem nigdy nie będzie mógł ubiegać się o przedterminowe zwolnienie. Jego dni wypełnia obowiązkowa praca w warsztatach więziennych i terapia psychiatryczna, choć lekarze nie są optymistami co do możliwości jego resocjalizacji.

Żyje w izolatce, bo inni więźniowie zgłaszali groźby pod jego adresem, gdy dowiedzieli się o naturze jego przestępstw. W 2025 roku, rok po zakończeniu procesu, jedna z więziennych psycholożek opublikowała kontrowersyjne studium przypadku Czyżewskiego. Opisała go jako czystego socjopatę, który nigdy nie rozwinie prawdziwej empatii czy zrozumienia krzywdy, jaką wyrządził.

„Przypadek Czyżewskiego pokazuje, jak pozornie normalna osoba może kryć w sobie przerażającą zdolność do zadawania cierpienia” – pisała. „Jego inteligencja, metodyczność i całkowity brak empatii czynią go jednym z najbardziej niebezpiecznych typów przestępców”. Sprawa Celiny Adamczyk pokazała także, jak ważna jest czujność i wzajemna pomoc w społeczeństwie.

Gdyby ktoś wcześniej zwrócił uwagę na podejrzane zachowania Czyżewskiego w Warszawie, gdyby sąsiedzi z kamienicy na Pradze byli bardziej wnikliwi, gdyby ktoś zauważył mężczyznę systematycznie śledzącego młode kobiety w Krakowie, może udałoby się zapobiec tragedii. „Nie możemy żyć w ciągłym strachu” – mówi Magdalena podczas jednego z warsztatów dla studentek.

„Ale musimy uczyć się rozpoznawać sygnały ostrzegawcze i reagować na nie. Jeśli widzimy kogoś, kto wydaje się podejrzany, nie bójmy się powiadomić policji. Jeśli mamy uczucie, że ktoś nas śledzi, zaufajmy swojemu instynktowi. Celina może już nie żyje, ale inne kobiety wciąż mogą być uratowane”. Policja krakowska, wyciągając wnioski ze sprawy Celiny, opracowała specjalny protokół działania

w przypadku zgłoszeń o stalkingu i zagrożeniu ze strony nieznanych osób. „Teraz każde takie zgłoszenie traktujemy z najwyższą powagą” – wyjaśnia komisarz Robert Wiśniewski. „Każda osoba, która czuje się śledzona lub zagrożona, może liczyć na natychmiastową reakcję. Mamy specjalnie przeszkolonych funkcjonariuszy, którzy wiedzą, jak rozpoznawać niebezpieczne wzorce zachowań i jak im przeciwdziałać”.

Historia tej sprawy stała się również lekcją dla polskiej policji o ważności kontynuowania śledztw nawet po latach. „Nigdy nie można zamykać sprawy w swojej głowie” – mówi Adrian Mazurek, obecnie już komisarz główny. „Czasami rozwiązanie przychodzi z najmniej spodziewanej strony.

Gdyby nie przypadkowe odkrycie w Warszawie, może nigdy nie dowiedzielibyśmy się prawdy o Celinie”. Dla mieszkańców Krakowa sprawa Celiny stała się przypomnieniem, że nawet w najpiękniejszych i historycznych miejscach mogą czaić się niebezpieczeństwa. „Planty, Rynek, Kazimierz to miejsca, które kochamy i w których czujemy się bezpiecznie” –

mówi burmistrz Dzielnicy I. „Ale historia Celiny pokazuje, że musimy być ostrożni, zwłaszcza wieczorami. Zwiększyliśmy ilość patroli policyjnych, zamontowaliśmy dodatkowe kamery monitoringu, poprawiliśmy oświetlenie w mniej uczęszczanych uliczkach”. Uniwersytet Jagielloński wprowadził również nowe procedury bezpieczeństwa.

Studenci otrzymują specjalne aplikacje na telefony z możliwością szybkiego wezwania pomocy. Zorganizowano system buddy system dla osób wracających późno z bibliotek, a ochrona uniwersytetu została wzmocniona o dodatkowe patrole. Bibliotekarze i pracownicy uczelni przechodzą obowiązkowe szkolenia z rozpoznawania potencjalnych zagrożeń i reagowania na nie.

„Gdybym wtedy wiedziała to, co wiem teraz” – mówi pani Helena Górska, bibliotekarka, która jako ostatnia widziała Celinę przed zaginięciem – „może zauważyłabym tego mężczyznę, który ją śledził. Może zdołałabym ostrzec Celinę lub wezwać pomoc”. Każdego roku w dniu zaginięcia Celiny na Plantach odbywa się Marsz Pamięci. Setki ludzi, głównie młodych kobiet, przechodzą trasą, którą Celina szła po raz ostatni: od Biblioteki Jagiellońskiej przez Planty, Rynek Główny, aż do ulicy św. Anny.

Każda uczestniczka niesie zapaloną świecę, a marsz kończy się minutą ciszy w miejscu, gdzie Celina została porwana. „To nie jest tylko upamiętnienie tragedii” – wyjaśnia organizatorka marszu, Jolanta Łącka, studentka prawa. „To przypomnienie, że musimy być czujni, że musimy dbać o siebie nawzajem. Celina nie mogła się obronić sama, ale może dzięki jej historii inne kobiety będą bardziej bezpieczne”.

Media społecznościowe stały się platformą do dzielenia się doświadczeniami związanymi ze stalkingiem i prześladowaniem. Pod hasztagiem „gdzie jest Celina” tysiące kobiet opowiada swoje historie, dzieli się strategiami bezpieczeństwa, oferuje wsparcie i pomoc. „To zaskakujące, jak wiele kobiet doświadczyło podobnych sytuacji” – mówi Magdalena Urbańska.

„Stalking jest znacznie powszechniejszy, niż się wydaje, ale dzięki mediom społecznościowym ofiary nie są już same. Mogą znaleźć wsparcie, porady, zrozumienie”. Historia Celiny Adamczyk przypomina nam wszystkim o kruchości życia i o tym, jak ważne jest chronienie najbardziej bezbronnych członków naszego społeczeństwa.

To opowieść o młodej kobiecie, która marzyła o wielkiej karierze naukowej, o pomaganiu innym, o założeniu rodziny, o wniesieniu wartościowego wkładu w polską kulturę. Jej marzenia zostały brutalnie przerwane przez człowieka, który widział w niej nie osobę, ale obiekt do posiadania. Ale to również historia o sile ludzkiej determinacji w dążeniu do prawdy i sprawiedliwości.

Adrian Mazurek nigdy nie przestał wierzyć, że znajdzie odpowiedzi. Irena Adamczyk nigdy nie przestała walczyć o pamięć córki. Magdalena Urbańska nigdy nie przestała honorować przyjaźni z Celiną, przekształcając swój ból w siłę do pomagania innym. Rodzice Celiny, mimo początkowego załamania, znaleźli w sobie siłę, by przekształcić swoją tragedię w coś pozytywnego.

Fundacja imienia Celiny Adamczyk, którą założyli, pomogła już setkom rodzin osób zaginionych, oferując wsparcie prawne, psychologiczne i finansowe. „Nasza córka marzyła o pomaganiu innym” – mówi Irena. „Teraz, choć jej już nie ma, jej imię wciąż pomaga. To daje nam siłę, by żyć dalej”. Adrian Mazurek, awansowany na stanowisko naczelnika wydziału kryminalnego, wprowadził nowe standardy w prowadzeniu spraw zaginionych osób.

„Każda zaginiona osoba zasługuje na takie samo zaangażowanie, jakie poświęciliśmy Celinie” – mówi. „Każda rodzina zasługuje na odpowiedzi niezależnie od tego, ile czasu minie”. Magdalena Urbańska, teraz uznana psycholożka, założyła własne centrum terapeutyczne dla ofiar traumy i przemocy. Nazwała je Domem Celiny. „Tu każda osoba, która doświadczyła przemocy lub utraty, może znaleźć bezpieczną przystań” –

wyjaśnia – „miejsce, gdzie będzie wysłuchana, zrozumiana i otrzyma profesjonalną pomoc. Celina zawsze marzyła o takim miejscu, choć wyobrażała sobie, że będzie pomagać dzieciom z problemami mowy. Los chciał inaczej, ale jej duch jest tu obecny w każdym, komu pomagamy”. Dziś, gdy przechodzimy ulicami Krakowa, zwłaszcza wieczorami, warto pamiętać o Celinie Adamczyk, młodej kobiecie, która marzyła o pomaganiu innym, o ukończeniu studiów, o założeniu rodziny.

Jej historia pozostanie z nami jako przypomnienie o tym, jak cenne jest każde życie i jak ważne jest, żeby chronić się nawzajem. Może sprawiedliwość czasami przychodzi późno, ale prawda zawsze w końcu wychodzi na światło dzienne. I chociaż nic nie może przywrócić Celiny jej rodzinie, jej historia może uchronić inne młode kobiety przed podobnym losem.

To jest dziedzictwo Celiny Adamczyk. Nadzieja, że jej cierpienie nie poszło na marne, że jej historia pomoże innym i że będzie pamiętana nie tylko jako ofiara, ale jako jasna gwiazda, która zbyt wcześnie zgasła, ale swoim światłem nadal oświetla drogę wszystkim, którzy dążą do prawdy, sprawiedliwości i bezpieczniejszego świata dla każdego z nas. Czytajcie dalej.

Oglądacie historie, które poruszają. Napiszcie w komentarzach, czy w waszych miastach funkcjonują podobne programy bezpieczeństwa dla studentów. Czy czujecie się bezpiecznie, wracając wieczorami do domu? Wasza historia może pomóc innym. Pamiętajcie: jeśli kiedykolwiek poczujecie, że ktoś was śledzi, zaufajcie swojemu instynktowi i nie wahajcie się poprosić o pomoc. Obserwuj stronę.

Disclaimer: This story is fictional and created for entertainment purposes only. Any names, characters, places, or events are fictitious or used fictitiously. No real person or organization is intended to be portrayed.

You Might Also Enjoy