„Nie mogę i nie chcę grać za wszelką cenę, nawet jeśli przyjdzie mi zapłacić najwyższą stawkę”: Bożena Dykiel przez dekady zachwycała Polaków na scenie i ekranie, skrywając dramatyczne kulisy walki z komunistyczną bezpieką.
Bukiet kwiatów w progu i szpiegowska pułapka w hotelu MDM
Pewnego popołudnia w połowie lat siedemdziesiątych do drzwi warszawskiego mieszkania dwudziestosześcioletniej aktorki zapukali eleganccy panowie z bukietem świeżych kwiatów. Przedstawili się z nienagannymi manierami jako dziennikarze pragnący przeprowadzić wywiad z wschodzącą gwiazdą polskiej kultury. Bożena Dykiel była wówczas u szczytu sławy: na deskach Teatru Narodowego występowała przed nadkompletami widzów, a w salach kinowych w całym kraju wyświetlano najnowszy film Andrzeja Wajdy z jej wyrazistym udziałem. Zamiast do redakcji zaproszono ją jednak do pokoju w hotelu MDM w centrum stolicy. Szybko okazało się, że uśmiechnięci goście nie mieli nic wspólnego z pracą w prasie. Byli funkcjonariuszami Służby Bezpieczeństwa, którzy zaplanowali bezwzględną operację o charakterze szpiegowskim.
Bezpieka chciała wykorzystać młodą, rozpoznawalną i niezwykle atrakcyjną artystkę do zwerbowania oraz zaszantażowania zachodnioniemieckiego dyplomaty, Franka Elbego, pełniącego funkcję drugiego sekretarza ambasady Republiki Federalnej Niemiec w Warszawie. Znali się ze spotkań towarzyskich i oficjalnych przyjęć, co dla służb stanowiło idealny pretekst. Plan oficerów zakładał, że aktorka uwiedzie dyplomatę i zwabi go do lokalu naszpikowanego ukrytą aparaturą podsłuchową oraz kamerami, by zdobyć kompromitujące materiały. W zamian za współpracę proponowano jej dobra, które w ówczesnej Polsce stanowiły marzenie milionów: przydział na upragnione własne mieszkanie oraz bezpłatne, prestiżowe kursy języków obcych. Młoda kobieta, wychowana w powojennej biedzie, spojrzała jednak agentom prosto w oczy i bez chwili wahania wypowiedziała jedno, twarde słowo: nie.
W tym samym momencie uprzejmości i kwiaty natychmiast zniknęły, a na ich miejsce wkroczył brutalny szantaż. Funkcjonariusze zagrozili, że bezpowrotnie złamią jej karierę, zablokują wszelkie zagraniczne wyjazdy i odbiorą paszport, co dla aktorki występującej w międzynarodowych koprodukcjach oznaczało zawodową śmierć. Przez ponad rok trwała bezwzględna obserwacja: sprawdzano jej prywatną korespondencję, nachodzono rodzinę i próbowano zastraszyć. Młoda aktorka co wieczór stawiała czoła tej presji w Teatrze Narodowym, wjeżdżając na motocyklu w srebrzystym kostiumie i zbierając burzliwe owacje od setek tysięcy widzów, by w ciągu dnia mierzyć się z groźbami ludzi z resortu. Nie ugięła się ani razu. Zgodnie z radą ojca, który wpoił jej niezłomne zasady, zaniosła wszystkie dokumenty do gmachu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych na Rakowiecką i zamknęła za sobą drzwi, zachowując czyste sumienie.
Bieda na trzecim piętrze i nauczycielka z pasją
Aby pojąć, skąd w tej kobiecie brała się tak niezwykła, granitowa siła charakteru, trzeba cofnąć się do lat powojennych. Bożena Dykiel urodziła się dwudziestego szóstego sierpnia 1948 roku w Grabowie pod Kolnem, lecz całą swoją młodość spędziła w podnoszącej się z ruin Warszawie. Jej mama pochodziła ze wschodu, ojciec był krakusem, a ich skromne mieszkanie mieściło się na trzecim piętrze kamienicy przy ulicy Spacerowej. W domu brakowało pieniędzy niemal na wszystko, lecz nikt z domowników nie narzekał na los. Przyszła gwiazda nigdy nie wstydziła się tych surowych początków: otwarcie wspominała, jak z podwórkową koleżanką tarły cegły, udając sprzedaż kaszy, jak biegała po chleb na Belwederską, zawsze odgryzając chrupiącą piętkę, oraz jak za grosze po wypłacie kupowała w suterenie słodycze z mąki ziemniaczanej. Z tego rodzinnego gniazda wyniosła przekonanie, że najważniejsza jest wzajemna miłość, szacunek i wierność zasadom moralnym.
Przełomem w jej edukacji stało się spotkanie z polonistką Teresą Wiśniewską, która z pasją prowadziła szkolne koło teatralne. To ona dostrzegła w głośnej, bezpośredniej dziewczynie unikalny rys i bez ogródek powiedziała, że musi grać, ponieważ mówi wyraźnie i przede wszystkim doskonale rozumie sens wypowiadanych słów. Wiśniewska nakazała jej zdawać do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie. Bożena Dykiel dostała się za pierwszym podejściem, trafiając pod skrzydła takich pedagogów jak Jan Kreczmar, Zbigniew Zapasiewicz czy Aleksander Bardini. Na egzaminach wstępnych wypatrzył ją młodszy kolega Mieczysław Hryniewicz, który po latach wspominał, że w szkolnych murach zajaśniały wtedy dwa wielkie słońca: profesor Ryszarda Hanin oraz zjawiskowa blondynka Bożena Dykiel.
Mimo znakomitego dyplomu z 1971 roku żaden ze stołecznych teatrów dramatycznych nie zaproponował jej wówczas stałego etatu. Młoda aktorka znalazła przystań w Studenckim Teatrze Satyryków, gdzie grała przez dwa sezony i poznała legendarną Kalinę Jędrusik, z którą połączyła ją wieloletnia przyjaźń. Z tamtych spotkań najmocniej zapamiętała ciepło domowej kuchni Jędrusik, u której zawsze pachniało świeżym jedzeniem i gdzie gromadzili się najciekawsi twórcy epoki. Wkrótce o młodą artystkę upomniało się wielkie kino. Andrzej Wajda zaangażował ją do roli Kaśki w ekranizacji „Wesela”. Choć w scenariuszu postać stanowiła zaledwie tło, Bożena Dykiel bez kompleksów poszła do wielkiego mistrza, narzekając na brak zadań aktorskich. Reżyser pozwolił jej improwizować, a stworzona przez nią pijana, leżąca na sianie chłopka z zezem była tak żywiołowa, że wywołała nerwową reakcję cenzorów. Dwa lata później Wajda powierzył jej rolę Mady Müller w „Ziemi obiecanej”, gdzie przeszła do historii sceną zrzucenia doniczki na głowę bohatera granego przez Daniela Olbrychskiego.
Goplana na motocyklu i miłość pod japońskim niebem
Prawdziwym wstrząsem kulturowym w dziejach polskiego teatru stała się jednak premiera „Balladyny” Juliusza Słowackiego w reżyserii Adama Hanuszkiewicza z lutego 1974 roku. Reżyser z premedytacją obsadził młodą aktorkę, kojarzoną z ludowym emploi, w roli królowej jeziora Goplany. Zamiast zwiewnych szat Bożena Dykiel założyła obcisły, srebrzysty kombinezon przypominający strój komiksowej Barbarelli i wjechała na scenę Teatru Narodowego na japońskim motocyklu marki Honda. W ówczesnej Polsce maszyny te były niemal niedostępne, a widok aktorki sunącej po pomoście wznoszącym się na wysokość balkonu pierwszego piętra wywołał sensację. Obok niej na jednośladach jeździli Mieczysław Hryniewicz i Wiktor Zborowski. Spektakl zagrano kilkaset razy przy widowni przekraczającej sto procent, a bilety wyprzedawały się na pniu.
W połowie lat siedemdziesiątych artystka poleciała do Japonii na plan pierwszej polsko-japońskiej koprodukcji filmowej pod tytułem „Ognie są jeszcze żywe” w reżyserii Nobito Abe. W Hiroszimie spędziła sześć tygodni, wcielając się w postać Krystyny u boku japońskiego lekarza umierającego na chorobę popromienną. Choć sam dramat po premierze w sierpniu 1976 roku nie zdobył wielkiego uznania krytyków, to właśnie tam rozegrał się najważniejszy rozdział jej życia prywatnego. Kierownikiem produkcji filmu był prawnik Ryszard Kirejczyk. Aktorka miała żelazną zasadę: unikała związków z kolegami po fachu i poddawała kandydatów twardemu testowi na odpowiedzialne ojcostwo. Kirejczyk zdał ten sprawdzian celująco, a ich ślub dał początek niemal pięćdziesięcioletniemu, zgodnemu małżeństwu, w którym doczekali się córek Marii i Zofii oraz czworga wnucząt.
Początki ich wspólnego życia były niezwykle skromne. Gwiazda wielkiego ekranu i wzięty organizator produkcji rzucili palenie papierosów tylko po to, by mieć środki na opłacenie komornego za maleńką kawalerkę. Przez kolejne cztery lata oszczędzali każdy grosz na wkład mieszkaniowy i zakup Fiata 126p, funkcjonując dokładnie tak samo jak zwykli obywatele. Bożena Dykiel powtarzała, że to dom i rodzina są dla niej fundamentem, a praca na planie stanowi jedynie dodatek. Z biegiem lat rodzina przeniosła się do domu w Izabelinie na skraju Puszczy Kampinoskiej, gdzie artystka własnoręcznie pielęgnowała okazały ogród, robiła przetwory dla wnuków i dbała o to, by w kuchni unosił się aromat masła oraz czosnku.
Kultowa dozorczyni i dwie dekady w sercach widzów

Lata osiemdziesiąte przyniosły kolejne pamiętne kreacje. Zagrała Zośkę w „Znachorze” Jerzego Hoffmana, pojawiła się w „Człowieku z żelaza” Andrzeja Wajdy, a także stworzyła przejmującą postać Haliny w serialu „Dom” Jana Łomnickiego. Prawdziwym fenomenem okazała się rola w serialu „Alternatywy 4” w reżyserii Stanisława Barei. Początkowo miała zagrać epizodyczną lokatorkę bloku, lecz Bareja szybko uznał, że despotyczny dozorca Stanisław Anioł, grany przez Romana Wilhelmiego, musi mieć godną siebie partnerkę. Kiedy reżyser zapytał, jak nazwać tę postać, aktorka zażartowała, że mąż w domu droczy się z nią, mówiąc „Miecia”. Tak narodziła się niezapomniana Miećka Aniołowa.
Z kolei w dramacie wojennym „Przesłuchanie” Ryszarda Bugajskiego sama wymyśliła charakterystyczne zachowanie swojej bohaterki plującej z okna. Gdy w połowie lat dziewięćdziesiątych Andrzej Wajda zaproponował jej odrażającą rolę antysemitki Piotrowskiej w „Wielkim Tygodniu”, aktorka początkowo stanowczo odmówiła, obawiając się zburzenia wizerunku budowanego przez dekady. Dopiero długi, osobisty list reżysera i złagodzenie scenariusza przekonały ją do występu, który po latach uznano za jedną z najbardziej wstrząsających ról w jej dorobku.
W styczniu 2003 roku na antenie telewizyjnej zadebiutował serial „Na Wspólnej”, w którym Bożena Dykiel wcieliła się w postać Marii Zięby, prowadzącej z mężem Włodkiem, granym przez Mieczysława Hryniewicza, rodzinny bar. Przez dwadzieścia dwa lata obecności na ekranie stała się dla milionów Polaków symbolem domowego ciepła i mądrości. Za tę popularność płaciła jednak ogromnym zmęczeniem: praca po kilkanaście godzin dziennie nadwyrężała jej wrodzoną wadę serca. W 2017 roku zemdlała na planie serialowym podczas nagrywania scen małżeńskiego kryzysu. Skomplikowaną operację wszczepienia nowej zastawki na otwartym sercu przeprowadził w Katowicach wybitny kardiochirurg Andrzej Bochenek, ratując artystce życie.
Mimo problemów zdrowotnych nigdy nie straciła bezkompromisowego charakteru i bezpośredniości, głośno mówiąc to, co myśli, bez względu na konsekwencje towarzyskie czy polityczne. Do końca pozostała wierna swoim ideałom, przedkładając spokój rodzinnego gniazda nad jakiekolwiek zaszczyty.