Uncategorized

Grób Jana Pawła II — Watykan odkrył coś 2 metry pod kryptą, co zmienia wszystko w jego pontyfikacie

Reszta

z Watykanu lub gorzej. Marcin skinął głową, jakby rozumiał i rezygnował, ale tej nocy sam w swoim małym pokoju w pensjonacie na Viaadella Conciliazione z widokiem na oświetloną kopułę bazyliki podjął decyzję. Jeśli Watykan ukrywał coś przez 21 lat, coś na tyle ważnego, żeby zapieczętować cztery komory i zmienić oficjalne rekordy, to on miał obowiązek to odkryć.

Nie dla sensacji, nie dla sławy, ale dlatego, że prawda bez względu na wszystko musiała wyjść na światło. 25 marca w poniedziałek o 3:00 nad ranem, kiedy Watykan spał, Marcin wyszedł z pensjonatu z małą latarką, notatnikiem i zestawem kluczy uniwersalnych, które kupił na lokalnym targowisku. Wiedział, że to co zamierzał zrobić mogło zniszczyć jego karierę, ale wiedział też, że jeśli nie zrobi tego teraz, nikt inny nigdy nie zrobi.

Powietrze w tunelu serwisowym miało smak wilgoci i wieków. Marcin Kozłowski poruszał się ostrożnie, przykucnięty. Latarka w jednej ręce, notatnik w drugiej. Ściany były z surowego kamienia, zimne i lekko wilgotne w dotyku, a każdy jego krok odbijał się echem w ciasnej przestrzeni jak szept starego kościoła.

Tunel prowadził w dół, pod posadzkę bazyliki świętego Piotra w głąb Watykanu, który nigdy nie był pokazywany turystom ani pielgrzymom. Dochodziła 3:35 rano 25 marca 1968 roku. Marcin liczył kroki 78, 82, 100. Potem zobaczył to, o czym mówił brat Andrzej Jankowski. Stalowe drzwi stare z prostokątną plombą zapieczętowaną czerwonym woskiem z odciskiem papieskiego pierścienia.

Na środku drzwi wygrawerowane w metalu litery PP Punask MDCC ilaske. Pius 1247 rok Marcin stał przez chwilę serce bijące szybciej niż powinno. 21 lat. Te drzwi były zamknięte przez 21 lat. Wyciągnął zestaw kluczy uniwersalnych i zaczął próbować. Pierwszy klucz. drugi. Piąty. Jego dłonie były wilgotne nie z powodu zimna tunelu, ale z powodu adrenaliny, która pulsowała przez całe jego ciało. Tr klucz wszedł do zamka.

Marcin obrócił go powoli. Zamek kliknął. Drzwi otworzyły się z długim, ochrypłym skrzypnięciem, które wydawało się zbyt głośne w tej ciszy. Marcin zamarł nasłuchując. Nic. Tylko cisza watykańskiej nocy. Wziął głęboki oddech i wszedł do środka. Komora miała mniej więcej 4 na 6 met. Ściany pokryte były tynkiem, który miejscami się łuszczył opadając na kamienną podłogę w małych białych płatkach.

Powietrze było gęste, stęchłe, jakby przez ponad dwie dekady nikt nie oddychał w tej przestrzeni. I w centrum tej komnaty, na kamiennym postumencie stała brązowa trumna. Nie była duża. Około 180 cm długości, 60 szerokości. Powierzchnia brązu pokryta była warstwą zielonej patyny, ale sama konstrukcja była nienaruszona, doskonale zachowana przez suche, chłodne powietrze komory.

Na wieku trumny wytłoczony w metalu widniał łaciński napis Veritas, obruta emergit. Prawda zakopana wyłania się na powierzchnię. Marcin podszedł bliżej. Latarka oświetlała szczegóły, których nie mógłby zobaczyć z daleka. Wieko trumny było przylutowane do podstawy, ale nie całkowicie. Przy jednym z narożników lutowanie było nierówne, jakby ktoś wcześniej otwierał wieko i potem z powrotem je zamknął, ale pospiesznie, niedbale.

Marcin przesunął palcami wzdłuż tej krawędzi. Metalowa warstwa była cienka, krucha. Wyciągnął z kieszeni mały nóż do papieru. Jedyne narzędzie, które miał przy sobie. zaczął delikatnie wchodzić ostrzem w szczelinę między wiekiem a podstawą. Metal był twardy, ale w miejscu nierównego lutowania ustępował. Po czterech minutach precyzyjnej pracy Marcin poczuł, jak wieko lekko się unosi.

To, co zobaczył wewnątrz pokrywy trumny, sprawiło, że cofnął się o krok. Wydrążona w metalu przestrzeń w pokrywie trumny, mniej więcej 5 cm głębokości, zawierała dokumenty. Dziesiątki dokumentów złożonych precyzyjnie, ochronionych przed wilgocią przez cienką warstwę woskowanego papieru. Marcin wyciągnął pierwszą stronę drżącymi palcami.

Był to dokument na papierze watykańskim z czerwoną pieczęcią sekretariatu stanu. Lata w prawym górnym rogu 17 września 1947 roku. Tytuł napisany po łacinie, po włosku i po niemiecku. Paktum Silenti perpetui. Pakt wiecznego milczenia. Marcin zaczął czytać, a każda linia sprawiała, że coraz trudniej było mu oddychać.

Dokument szczegółowo opisywał operację, którą Watykan prowadził od 1945 roku, 2 lata po zakończeniu wojny w Europie. Przez sieć kurierów dyplomatycznych, fałszywych dokumentów kościelnych i tajnych szlaków przez Austrię, Szwajcarię i Włochy, Watykan pomógł 342 nazistowskim zbrodniarzom wojennym uciec z Europy do Argentyny, Brazylii, Paragwaju i Syrii.

Szlaki te znane w dokumentach jako Ratlines były oficjalnie uzasadniane jako pomoc humanitarna dla uchodźców katolickich, ale lista nazwisk dołączona do dokumentu nie pozostawiała wątpliwości co do tożsamości tych uchodźców. Oficerom SS, komendantom obozów koncentracyjnych, ludziom, których ręce były splamione krwią setek tysięcy niewinnych ofiar.

Ale to nie był koniec. Marcin przeszedł do drugiej grupy dokumentów i tu jego oddech całkowicie się urwał. Drugi plik zawierał listy, protokoły spotkań i jeden centralny dokument datowany na 3 maja 1967 roku, rok przed tym, jak Marcin stał teraz w tej komorze. Dokument dotyczył biskupa Krakowa Karola Wojtyły, człowieka, o którym w watykańskich korytarzach szeptano jako o przyszłym papieżu.

Według protokołu Wojtyła został potajemnie wezwany do Watykanu w lutym 1967 roku. Spotkanie odbyło się nie w oficjalnych salach audiencyjnych, ale w prywatnych komnatach sekretariatu stanu. Obecni byli kardynał Amleto Ciconiani, sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej oraz trzech anonimowych członków kurii.

Wojtyła został poinformowany o istnieniu dokumentów dotyczących Radlines. został pokazany pełnej liście 342 nazwisk, a następnie według protokołu poproszono go o podpisanie paktu milczenia jako warunku dalszego wsparcia kuri dla jego kariery kościelnej. Ostatnia strona drugiego pliku zawierała fotografie. Czarno-biała, ziarnista, wyraźnie zrobiona ukrytą kamerą, przedstawiała mężczyznę siedzącego przy stole pochylonego nad dokumentem z piórem w dłoni. Twarz była wyraźna.

Marcin rozpoznał ją natychmiast Karol Wojtyła. A pod fotografią naklejona na papier kopia dokumentu z podpisem. Podpisem, który Marcin widział wcześniej na pasterskich listach biskupa krakowskiego, identycznym, bez żadnych wątpliwości. Marcin Kozłowski stał w ciemnej komorze przez długą chwilę. Fotografia w dłoniach, serce bijące tak głośno, że wydawało mu się, iż cały Watykan musi to słyszeć.

Pod spływał mu po karku mimo chłodnego powietrza, a oddech był płytki, nierówny. Rozumiał teraz, dlaczego te drzwi były zapieczętowane przez 21 lat. Rozumiał, dlaczego oficjalne plany budynku zostały zmienione. Ktoś bardzo potężny chciał, żeby ta komora i wszystko, co się w niej znajdowało, zniknęło z historii na zawsze.

Ale Marcin był badaczem, a badacz nie ucieka przed prawdą. Przez następne 40 minut pracując przy świetle latarki z drżącymi rękami, przepisał do notatnika kluczowe fragmenty każdego dokumentu. Nazwiska, daty, opisy szlaków ucieczki. Protokół spotkania z Wojtyłą z 3 maja 1967 roku. Szczegóły podpisu, numery dokumentów watykańskich, wszystko co mogło stanowić dowód.

Nie mógł zabrać oryginałów. Zbyt duże ryzyko, ale notatki były jego. Notatki mógł ukryć. O 423 Marcin z powrotem ułożył dokumenty wewnątrz pokrywy trumny. Zamknął wieko tak delikatnie, jak potrafił i wyszedł z komory. Zamknął stalowe drzwi. Ruszył tunelem z powrotem. Każdy krok spokojniejszy niż poprzedni, ale umysł pracujący już na pełnych obrotach.

Co teraz? Komu powiedzieć? i przede wszystkim czy było bezpiecznie, żeby w ogóle komukolwiek mówić. Wrócił do pensjonatu o 5:00 rano. Usiadł przy biurku, otworzył notatnik i przez dwie godziny pisał szczegółowy raport z tego, co zobaczył. Każdy detal, każda data, każde nazwisko, które zapamiętał. Kiedy skończył, miał 37 stron gęstego, drobnego pisma.

schował notatnik na dnie torby podróżnej pod podszewką, którą sam rozprułem przed wyjazdem z Krakowa i z powrotem zaszyłem. Przez kolejne dni zachowywał się normalnie. Przychodził do archiwów o 9:00 rano. Studiował oficjalnie zatwierdzone dokumenty. Rozmawiał z bratem Andrzejem Jankowskim o zwykłych rzeczach. Historii bazyliki, pogodzie w Rzymie, sytuacji politycznej w Polsce, ale każdego wieczoru sam w pokoju wracał myślami do tego, co znalazł. i zastanawiał się jak postąpić.

9 kwietnia po dwóch tygodniach milczenia Marcin popełnił pierwszy błąd. Wysłał list do swojego przełożonego na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, profesora Szymona Kwiatkowskiego. Nie napisał wszystkiego, tylko tyle, że natrafił na dokumenty o potencjalnie ogromnym znaczeniu historycznym dotyczące działań kościoła po wojnie.

poprosił o poradę, jak postąpić z odkryciem o tak wrażliwym charakterze. List był ostrożny, zawoalowany, bez konkretnych szczegółów. Marcin był przekonany, że jest bezpieczny. Nie wiedział, że korespondencja badaczy zagranicznych przebywających w Watykanie była rutynowo monitorowana przez Biuro Bezpieczeństwa Stolicy Apostolskiej, służbę wywiadowczą Watykanu, o której istnieniu wiedziało tylko kilka osób spoza murów.

Odpowiedź profesora Kwiatkowskiego nadeszła 17 kwietnia. Była krótka i niepokojąca. Profesor pisał, że Marcin powinien natychmiast wrócić do Krakowa, że pewne sprawy są zbyt duże dla pojedynczego badacza i że rozmawiał już z kimś z kuri możliwości konsultacji. Marcin czytał ten list trzy razy, a z każdym razem w żołądku robiło mu się coraz zimniej.

Profesor rozmawiał z kimś z kurii. Co to znaczyło? 18 kwietnia rano, kiedy Marcin wszedł do archiwów, poczuł coś dziwnego. Brat Andrzej Jankowski patrzył na niego inaczej niż zwykle. Nieotwarto, nieprzyjaźnie, ale z napięciem, niemal z lękiem. Na powitanie powiedział tylko kilka słów, odwrócił się i szybko odszedł. Marcin udał, że niczego nie zauważył.

Usiadł przy swoim zwykłym stole, [muzyka] otworzył teczkę z dokumentami i zaczął pisać notatki. Ale kątem oka obserwował salę i wtedy go zobaczył. Mężczyzna w czarnej sutannie siedzący przy biurku w rogu sali, który wcześniej zawsze był pusty. Mężczyzna nie czytał, patrzył na Marcina. Tego wieczoru Marcin nie wrócił od razu do pensjonatu.

Przeszedł przez centrum Rzymu, zatrzymując się kilkakrotnie przy witrynach sklepowych, żeby sprawdzić w odbiciu, czy ktoś za nim idzie. Nie był pewien, czy był śledzony, ale nie mógł już teraz być pewien niczego. Jeśli ta historia wywołuje w was dreszcze, jeśli zastanawiacie się jak głęboko sięgają sekrety najpotężniejszych instytucji świata, to zostawcie komentarz.

Takie prawdy zasługują na to, żeby być opowiedziane. 21 kwietnia o 10:30 wieczorem do drzwi jego pokoju w pensjonacie zapukał mężczyzna, wysoki w garniturze, z dyskretną odznaką identyfikacyjną Sekretariatu Stanu Stolicy Apostolskiej. Powiedział, że nazywa się Monsignor Bartosz Mazur i że przyszedł w imieniu kardynała Amleto Cikonianie.

Chciał porozmawiać o badaniach Marcina. Rozmowa trwała 40 minut. Monsignor Mazur był uprzejmy, spokojny, niemal ojcowski w tonie. Powiedział, że Watykan z zadowoleniem przyjmuje badania historyczne, ale że pewne obszary wymagają szczególnej wrażliwości, że dokumenty z okresu powojennego są chronione ze względu na bezpieczeństwo osób żyjących.

że profesor Kwiatkowski wyraził pewne obawy dotyczące kierunku badań Marcina i że byłoby wskazane, żeby Marcin zakończył swój pobyt w Watykanie i wrócił do Polski w ciągu najbliższych dni. Marcin słuchał spokojnie. Kiedy Monsignor skończył, zapytał tylko jedno, czy mógłby dostać dzień na spakowanie się i załatwienie formalności. Monsignor Mazur uśmiechnął się i powiedział, że oczywiście Watykan nie jest instytucją, która wymusza pośpiech.

Ukłonił się i wyszedł. Kiedy drzwi zamknęły się za gościem, Marcin przez długą chwilę siedział nieruchomo na skraju łóżka. Wiedział, że to było ostrzeżenie. Wiedział też, że jeśli wyjedzie bez zabezpieczenia swoich notatek, ryzykuje, że wszystko co odkrył zniknie razem z nim. tej nocy napisał dwie kopie swojego raportu.

Jedna szczegółowa 37 stron. Miała trafić do Polski z zaufanym kurierem, studentem polonistyki na uniwersytecie w Bologonii Andrzejem Jankowskim, który nie miał nic wspólnego z bibliotekarzem o tym samym nazwisku. Druga kopia skrócona z najważniejszymi szczegółami miała zostać ukryta w Rzymie, w miejscu, gdzie nikt jej nie szukał.

Marcin wsunął ją w okładkę starego mszału, który zostawił w zakrystii kościoła Santa Maria Intrastever w szufladzie pod starym organem zawiązaną szarą wstążką. A oryginalny notatnik ten z podszytą podszewką zabrał ze sobą. 23 kwietnia 1968 roku Marcin Kozłowski opuścił Rzym pociągiem do Mediolanu z biletem dalej do Wiednia i Krakowa.

Wydawało mu się, że udało mu się, że dokumenty są bezpieczne, że prawda przeżyje. Nie dotarł do Krakowa. Pociąg z Rzymu do Mediolanu opuścił stację Termini o 614 rano 23 kwietnia 1968 roku. Marcin Kozłowski siedział przy oknie w przedziale drugiej klasy. Torba na kolanach, notatnik ukryty pod podszewką.

Obserwował jak Rzym powoli znikał za oknem. Jego kopuły i wieże kościołów rozpływały się w porannej mgle. Czuł się wyczerpany, ale spokojny. Myślał, że najgorsze już za nim. Mylił się. W Mediolanie na dworcu Centrale, podczas przesiadki na pociąg do Wiednia Marcin poczuł nagle silny ból w klatce piersiowej. Myślał początkowo, że to napięcie nerwowe, może efekt braku snu i stresu ostatnich tygodni.

Usiadł na ławce na peronie, próbując wyrównać oddech. Ból nie ustępował. Po kilku minutach jakiś przechodzeń starszy włoski mężczyzna zatrzymał się i spojrzał na niego z troską, pytając czy potrzebuje pomocy. Marcin chciał powiedzieć, że nie, że wszystko w porządku, ale zanim otworzył usta, ból rozlał się przez całą lewą stronę ciała.

23 kwietnia 1968 roku o godzinie 10:47 Marcin Kozłowski stracił przytomność na peronie ner 9 dworca centralnego w Mediolanie. Karetka zabrała go do Ospedale Maggiore Poliklinico, gdzie lekarze zdiagnozowali ostry zawał serca. Spędził trzy tygodnie na oddziale kardiologicznym. Jego torba podróżna zniknęła.

Kiedy Marcin odzyskał przytomność w szpitalnym łóżku, pierwszą rzeczą, jakiej szukał, była torba. Pielęgniarka powiedziała, że przy nim znaleziono tylko dokumenty tożsamości i portfel. Żadnej torby, żadnego notatnika. Marcin zamknął oczy i leżał w milczeniu przez długą chwilę, czując jak nadzieja odpływa razem z siłami.

Ktoś zabrał torbę, ktoś wiedział, gdzie będzie i kiedy. Zawał serca mógł być zbiegiem okoliczności, ale zniknięcie torby nie było. Kiedy wrócił do Krakowa w połowie maja 1968 roku, był człowiekiem zmienionym, fizycznie słabszym po zawale, ale też wewnętrznie, jakby coś w nim pękło razem z sercem na tym mediolańskim peronie.

Pierwszą rzeczą, którą zrobił po powrocie było sprawdzenie, czy kopie dokumentów dotarły bezpiecznie. Student z Bologonii Andrzej Jankowski potwierdził, że przekazał paczkę zgodnie z instrukcjami. Marcin znalazł kopertę ukrytą u siostry w Warszawie przy ulicy Złotej pod luźną deską podłogową w spiżarni. 37 stron. Cała nienaruszona.

Przynajmniej jedna kopia była bezpieczna. Ale życie Marcina po powrocie nie było już normalne. Dwa tygodnie po powrocie do Krakowa jego mieszkanie zostało włamaniane. Nic wartościowego nie skradziono. Zabrano tylko papiery z biurka, notatki z różnych badań, korespondencje. Ktoś szukał konkretnych rzeczy.

Trzy tygodnie później profesor Szymon Kwiatkowski wezwał Marcina do swojego gabinetu i poinformował go, że finansowanie jego projektu badawczego zostało cofnięte. bez wyjaśnień, bez możliwości odwołania. Marcin stracił stanowisko na uczelni w październiku 1968 roku po 15 latach pracy. Przez następne miesiące próbował znaleźć sposób, żeby ujawnić to, co wiedział.

Skontaktował się z dziennikarzem z Paryża, polskim emigrantem piszącym dla niezależnych wydawnictw. Mężczyzna wysłuchał Marcina uważnie, zapisał notatki, obiecał pomoc. Nigdy więcej się nie odezwał. Marcin napisał anonimowy list do ambasady Izraela w Warszawie, dołączając listę 12 nazistowskich nazwisk z dokumentów watykańskich, tych, które zapamiętał najdokładniej.

Odpowiedzi nie otrzymał nigdy. W grudniu 1968 roku podczas spaceru przez planty, park otaczający krakowskie stare miasto podeszło do niego dwóch mężczyzn w cywilnych ubraniach. Zaproponowali, żeby usiedli na ławce. Jeden z nich powiedział spokojnie i bez emocji, że Marcin powinien zaprzestać wszelkich działań związanych z jego badaniami we Włoszech, że dokumenty, które widział, nie istniały, że jego zdrowie jest kruche po zawale i byłoby szkoda, gdyby doznał kolejnego.

Wstali i odeszli, zanim Marcin zdążył powiedzieć cokolwiek. Nie był to człowiek z Watykanu. Akcent był polski. To była służba bezpieczeństwa. Marcin zrozumiał wtedy, że sieć była szersza niż myślał. Watykan i komunistyczny reżim w Polsce, dwie instytucje, które publicznie były śmiertelnymi wrogami, w tej konkretnej sprawie działały w tym samym kierunku.

Obydwu zależało, żeby prawda o Ratliness i o pakcie Wojtyły nigdy nie wyszła na jaw. Watykanowi, bo zniszczyłoby to reputację instytucji i człowieka, którego Kuria planowała wywindować na tron papieski. komunistom, bo posiadanie tej wiedzy dawało im potężny instrument nacisku na kościół i woleli trzymać go w zanadrzu niż upubliczniać.

Marcin Kozłowski zamilkł nie z tchórzostwa, ale dlatego, że rozumiał, że sam nie ma szans, że potrzebuje czasu, cierpliwości i odpowiedniego momentu. Schował kopię dokumentów głębiej. Przestał rozmawiać o Watykanie z kimkolwiek. Podjął pracę jako tłumacz języka włoskiego w krakowskim wydawnictwie.

skromną i daleką od jego poprzedniej kariery akademickiej. Żył cicho, skromnie czekając. Karol Wojtyła został papieżem 16 października 1978 roku. Marcin siedział przy radiu w swoim małym mieszkaniu przy ulicy Kopernika w Krakowie i słuchał, jak tłum na placu Świętego Piotra wiwatuje na cześć pierwszego polskiego papieża w historii. Czuł coś trudnego do opisania.

Nie nienawiść. nie zemstę. Raczej ciężar, który niósł przez 10 lat, stał się nagle jeszcze cięższy. Człowiek, którego podpis widział na dokumencie w brązowej trumnie, teraz był głową Kościoła powszechnego. I nikt na świecie o tym nie wiedział, tylko on. Przez kolejne lata Marcin obserwował pontyfikat Jana Pawła II z odległości.

Widział jak papież podróżuje po świecie, jak walczy z komunizmem, jak inspiruje miliony ludzi. widział jego wizytę w Polsce w czerwcu 1979 roku i płaczących ludzi na ulicach Krakowa i za każdym razem zadawał sobie to samo pytanie. Czy człowiek, który podpisał pakt milczenia w sprawie nazistowskich zbrodniarzy mógł być jednocześnie człowiekiem, który naprawdę walczył o wolność i godność ludzką? Czy te dwie rzeczy mogły istnieć w tej samej osobie? Na to pytanie nigdy nie znalazł odpowiedzi.

Marcin Kozłowski zmarł 27 sierpnia 1993 roku w Krakowie w wieku 68 lat na kolejny zawał serca. Przed śmiercią przekazał córce Natalii Kozłowskiej zapieczętowaną kopertę z instrukcją, żeby otworzyła ją dopiero po jego śmierci i przeczytała uważnie. W kopercie znajdował się list opisujący odkrycie z marca 1968 roku oraz informacja o tym, gdzie ukryta jest kopia dokumentów w Warszawie pod podłogą w mieszkaniu siostry.

Natalia przeczytała list, ale nie wiedziała co z nim zrobić. Watykan był potężny. Jej ojciec był zwykłym człowiekiem, który zapłacił wysoką cenę za swoją ciekawość. schowała kopertę w szufladzie i czekała. Jan Paweł [muzyka] II żył i rządził kościołem. Moment na ujawnienie wydawał się nigdy nieodpowiedni.

Jan Paweł II zmarł 2 kwietnia 2005 roku w Watykanie. Cały świat go opłakiwał. Natalia Kozłowska nie płakała. Siedziała przy telewizorze i patrzyła na tłumy w Rzymie i myślała o swoim ojcu, który stracił pracę, zdrowie i spokój, żeby chronić prawdę o tym człowieku. ale nadal nie działała. Poczucie odpowiedzialności ścierało się z lękiem.

Minęło kilka kolejnych lat. W 2023 roku podczas remontu mieszkania ciotki w Warszawie przy ulicy Złotej robotnicy usunęli starą zniszczoną podłogę w spiżarni. Pod luźną deską w plastikowej torbie, która jakimś cudem przetrwała przez 55 lat. Znaleziono kopertę. W środku 37 stron gęstego, drobnego pisma w języku polskim.

Notatki Marcina Kozłowskiego. Natalia Kozłowska, wówczas 63letnia kobieta mieszkająca we Wrocławiu, dostała telefon od swojego kuzyna w listopadzie 2023 roku. Pojechała do Warszawy następnego dnia. Wzięła notatki do rąk po raz pierwszy i czytała przez całą noc. Tym razem nie schowała ich z powrotem. skontaktowała się z dziennikarzem śledczym Bartoszem Jankowskim, pracującym dla niezależnego portalu informacyjnego.

Jankowski spędził trzy miesiące na weryfikacji każdego szczegółu notatek. Skontaktował się z archiwistami, historykami specjalizującymi się w działaniach Watykanu w okresie powojennym oraz ze środkowo-europejskim centrum badań nad Holokaustem. Każdy sprawdzalny element pokrywał się z innymi dokumentami historycznymi.

Szlaki Rattlines istniały i były już częściowo udokumentowane przez innych badaczy. Nazwiska na liście Marcina w 17 przypadkach pokrywały się z osobami, co do których istniały inne dowody na ucieczkę z Europy przy pomocy sieci kościelnych. Protokół spotkania z Wojtyłą pasował chronologicznie do jego wizyt w Watykanie w roku 1967, które były odnotowane w oficjalnych kalendariach.

Watykan zapytany o komentarz przez Bartosza Jankowskiego w marcu 2024 roku milczał przez cztery tygodnie. Potem przez swojego rzecznika prasowego wydał krótkie oświadczenie przyznające, że w archiwach watykańskich istnieją dokumenty dotyczące pomocy humanitarnej udzielanej przez kościół w okresie powojennym i że dokumenty te są objęte badaniem komisji historycznej powołanej w 2020 roku.

Na pytanie o protokół spotkania z Wojtyłą rzecznik odpowiedział, że Stolica Apostolska nie komentuje niepotwierdzonych twierdzeń opartych na nieautoryzowanych kopiach dokumentów. To nie było zaprzeczenie. Artykuł Bartosza Jankowskiego ukazał się 5 maja 2024 roku. W ciągu 48 godzin był czytany przez ponad 12 milionów ludzi na całym świecie.

Reakcje były gwałtowne i podzielone. W Polsce kraj rozdarł się na dwie części. Jedni mówili, że to atak na pamięć świętego papieża, że notatki polskiego badacza, niepotwierdzone oryginalnymi dokumentami nie mogą podważyć dziedzictwa człowieka, który zmienił historię świata. Inni mówili, że milczenie Watykanu samo w sobie jest odpowiedzią i że każda prawda jest lepsza niż każde kłamstwo, bez względu na to, kogo dotyczy.

Monsignor Bartosz Mazur, mężczyzna, który odwiedził Marcina w pensjonacie w Rzymie w 1968 roku. Zmarł w Watykanie w 1991 roku w wieku 82 lat. Według jego nekrologu był wiernym sługą Stolicy Apostolskiej przez ponad 50 lat. Kardynał Amleto Ciconiani, sekretarz stanu, który według protokołu przewodniczył spotkaniu z Wojtyłą, zmarł w grudniu 1973 roku w Watykanie.

Pozostawił po sobie obszerne archiwum korespondencji, które do dziś nie zostało w całości opublikowane. Brat Andrzej Jankowski, bibliotekarz watykański, wrócił do Polski w 1974 roku po przejściu na emeryturę. Mieszkał w Częstochowie do swojej śmierci w 1988 roku. Nigdy publicznie nie wspominał o rozmowie z Marcinem.

Komora pod bazyliką świętego Piotra, ta sama, którą odkrył Marcin w 1968 roku, została oficjalnie zarejestrowana przez zarząd Fabrika di San Pietro w 2025 roku podczas przeglądu infrastruktury podziemnej bazyliki. Brązowa trumna jest nadal w środku. Watykan nie ogłosił, co zawiera jej pokrywa. Natalia Kozłowska mieszka we Wrocławiu.

W wywiadzie udzielonym w październiku 2024 roku powiedziała tylko jedno zdanie o swoim ojcu. Powiedziała, że Marcin Kozłowski był człowiekiem, który wiedział, że prawda jest ważniejsza niż spokój i że zapłacił za tę wiedzę wszystkim co miał i że jedyną rzeczą, jakiej żałuje jest to, że nie zdążył zobaczyć jak ta prawda w końcu dotarła do ludzi.

Brązowa trumna nadal leży 2 met pod posadzką bazyliki świętego Piotra. Jej pokrywa, jeśli wierzyć notatkom Marcina Kozłowskiego, nadal kryje dokumenty, które mogą zmienić sposób, w jaki świat patrzy na jednego z najbardziej ukochanych papieży w historii. Dokumenty, które ktoś starannie ukrył w 1947 roku, licząc na to, że zostaną tam na zawsze.

Nie wszystkie prawdy czekają wiecznie. Niektóre wymagają tylko jednego badacza z latarką, zestawem kluczy i odwagą, żeby otworzyć zamknięte drzwi. Jeśli ta historia was poruszyła, jeśli skłoniła was do myślenia o tym, co inne instytucje mogą ukrywać przed nami przez dekady, to udostępnijcie ją.

Kliknijcie podążać, napiszcie w komentarzu, co o tym sądzicie. Czy wierzycie, że oryginalne dokumenty nadal są w tej trumnie? A może uważacie, że zostały usunięte dawno temu? Prawda, jak napisał ktoś na pokrywie tej brązowej trumny, zawsze wyłania się na powierzchnię. Pytanie tylko: kiedy?

Disclaimer: This story is fictional and created for entertainment purposes only. Any names, characters, places, or events are fictitious or used fictitiously. No real person or organization is intended to be portrayed.

You Might Also Enjoy