Bitwa pod Breitenfeld (1631) — Połowa armii uciekła w pierwszej godzinie i nie przesądziło to nic
17 czworoboków piechoty, po 1500 ludzi ustawionych w jednej linii. Naprzeciw szyk głęboki na sześć szeregów. W ciągu godziny od pierwszego uderzenia 18300 ludzi schodzi z pola, a wieczorem armia, która ich rozbiła, przestaje istnieć.
Dym leci z wiatrem prosto w twarz. Czy taka przewaga może nie znaczyć nic? Co wtedy rozstrzyga? Dzień dobry. Marek Wroński. Dzisiaj bitwa pod Brightenfeld 17 września 1631 roku. Żeby zrozumieć ten wieczór, trzeba
wrócić do czasu, kiedy na tym polu nie stał jeszcze nikt. Na płaskim piaszczystym brzegu Pomorza, w czerwcu 1630 roku z okrętów schodzi 18 000 ludzi. Nikt ich tutaj nie zapraszał. Nie ma delegacji, nie ma otwartych bram, nie ma dostawców, którzy czekaliby z furami
zboża. Najbliższe miasta zamykają się i wysyłają posłów z uprzejmymi pismami, w których odmawiają przyjęcia obcej załogi. >> Ludzie, którzy właśnie brodzą w wodzie z muszkietami nad głową, przybywają jako obrońcy i od pierwszego dnia zachowują się jak obcy. Wyładunek trwa dniami.
Konie schodzą na brzeg w pasach po jednym i po zejściu jeszcze długo nie nadają się do pracy. Działa trzeba ciągnąć przez piach, w którym koła zapadają się do osi. Ludzie żywią się tym, co przywieźli na pokładzie: sucharem, słoniną, piwem, które w upale kwaśnieje.
W szwedzkich regimentach służą nie tylko Szwedzi. Są Finowie, są szkoci, są zawodowi żołnierze z całej Rzeszy, którzy przyjmują żołdego, kto płaci. Ta armia nie jest wojskiem jednego narodu i nikt w niej tak o sobie nie myśli. Układ jest odwrotny od oczekiwanego.
Król Szwecji Gustaw II Adolf, 36letni władca, który przypływa na kontynent w obronie protestanckich stanów Rzeszy, zastaje przed sobą protestanckich książąt zamykających mu miasta i liczących na to, że sobie pójdzie. Nie chodzi o pojedyncze nieporozumienie.

Większość państw niemieckich widzi w nim niepożądanego najeźdźcę, a nie sojusznika. Pomoc dostaje z dwóch kierunków, z Brandenburgi i z Saksonii i w obu wypadkach dostaje ją późno oraz pod przymusem sytuacji.
Warto powiedzieć, w jaki sposób ta armia w ogóle znajduje się nad Odrą, bo w popularnych opowieściach ten fragment wypada. Jeszcze niedawno król prowadzi wojnę z Rzecząpolitą o inflanty i o pruskie porty i tam stoi główna część jego sił.
Wyprawa do Rzeszy staje się możliwa dopiero po rozejmie w Altmarku zawartym w 1629 roku. Bez tego rozejmu nie ma pomorskiego desantu, nie ma kampanii w Rzeszy i nie ma pola pod Brightenfeld.
Droga na to pole prowadzi przez wojnę polsko-szwedzką i to jedyne miejsce w całej tej historii, w którym Rzeczpospolita się pojawia, ale miejsce zasadnicze. Wojna w Rzeszy toczy się wtedy 13 rok i ma własną, całkowicie materialną logikę.
Armie utrzymują się z terenu, na którym stoją. Oznacza to, że każde wojsko zjada okolice, w której obozuje i po kilku tygodniach musi ruszać dalej, bo nie ma czego zabierać. Wsie wzdłuż szlaków marszowych stoją puste. Młyny nie pracują, bydła nie ma.
Żołni tej wojny pamięta głód lepiej niż walkę i wie, że marsz do bogatszej okolicy znaczy dla niego więcej niż każda umowa między książętami. Z takiej arytmetyki nie da się wyjść samą dobrą wolą.
Po drugiej stronie stoi Johan Cerklas hrabiattili, generał, który dowodzi zarówno wojskami cesarskimi, jak i armią Ligi Katolickiej, dwiema odrębnymi, choć sprzymierzonymi siłami pod jednym dowództwem. Ma 72 lata i według obiegowej oceny od 30 lat nie przegrywa bitwy w otwartym
polu. Jego lewym skrzydłem jazdy dowodzi Gotfried Cu Papenheim. Oficer szybki, ambitny i słabo znoszący bezczynność. Za nimi stoi cesarz Ferdynand II, który w tym momencie wojny kontroluje Rzesze mocniej niż kiedykolwiek wcześniej i właśnie dlatego jest groźny dla każdego
księcia, który zechce zmienić stronę. I tutaj leży odpowiedź na pytanie, które wygląda na niedorzeczne. Dlaczego protestancy władcy nie chcą pomocy od protestanckiego króla, ponieważ dla nich to nie jest wojna wiary, tylko rachunek przetrwania własnych ziem? Wpuścić
szwedzką armię znaczy dostać na swoim terytorium wojnę, kwaterunek, rekwizycję i zemstę cesarza. A wszystko to na rzecz władcy, który przypłynął z drugiej strony morza i ma własne interesy na bałtyckim brzegu. Wspólna wiara nie daje żadnych gwarancji. Daje język, w którym
obie strony tłumaczą swoje posunięcia. Dlatego książęta czekają i z ich punktu widzenia czekanie jest decyzją rozsądną, a nie tchórzliwą. Dopóki wojna toczy się u sąsiada, własny kraj jeszcze istnieje.
Ta kalkulacja załamuje się w ciągu jednego roku. W maju 1631 roku armia cesarska zdobywa Magdeburg i miasto zostaje niemal całkowicie zniszczone. Źródła spierają się nawet o to, kto wydaje rozkaz do szturmu, hrabia Tilpenheim.
Jednoznacznej odpowiedzi nie ma. Skutek polityczny jest natomiast bezsporny. Od tej pory żaden protestancki książę nie może już zakładać, że neutralność go ochroni. 6 sierpnia hrabia Tili z 20 000 ludzi próbuje uderzyć na umocniony obóz szwedzki i odchodzi z ciężkimi stratami,
nie zdobywając niczego. Pod koniec sierpnia wkracza więc do Saksonii z 36 tyscami ludzi. Z jego perspektywy to posunięcie oczywiste i prawidłowe. Saksonia zbroi się, nie rozpuszcza wojsk na żądanie cesarza. Siedzi na zasobnym kraju i leży dokładnie między armią
szwedzką a ziemi dziedzicznymi Habsburgów. Zajęcie jej odbiera przeciwnikowi zaopatrzenie, każe niepewnego elektora i pozwala przezimować w okolicy, która jeszcze nie jest wyjedzona. Każdy element z tego rachunku trzyma się logiki tej wojny. Wynik jest odwrotny do zamierzonego. Nacisk, który ma elektora
złamać, popycha go tam, gdzie do tej pory nie chciał iść. Jan Jerzy I elektor Saski przez lata unika sojuszu ze Szwecją mimo wspólnego wyznania i nie robi tego z roztargnienia. Teraz stoi między dwiema armiami i nie ma trzeciego wyjścia. 11 września podpisuje traktat sojuszniczy z
królem Szwecji. Do bitwy zostaje 6 dni. To nie jest sojusz z przekonania. To sojusz człowieka przyciśniętego do ściany. I taka geneza ma bezpośrednie następstwa wojskowe. Widać je, kiedy patrzy się na saskie wojsko. Piechota liczy około 9000 ludzi w większości
nieprzeszkolonych rekrutów i milicji zebranych kilka tygodni wcześniej. I muszkietów ma bardzo niewiele. Ci ludzie noszą własne ubrania, dopasowują niepasujące pasy i uczą się chwytu broni w drodze. Ręce mają od pracy, nie od ćwiczeń. A największym ciężarem nie jest dla nich broń, tylko marsz w kolumnie po
kilkanaście godzin w kurzu, za wozami, wśród obcych ludzi i obcych komend. Faktycznym dowódcą tej armii jest doświadczony żołnierz Hans Georg von Arnim. I jego doświadczenie niczego tu nie zmienia, bo wyszkolenia nie da się nadrobić rozkazem.
W ten sposób sytuacja wyjściowa jest ustalona. Król, który pół roku temu nie ma na kontynencie ani jednego pewnego sprzymierzeńca, dostaje sojusznika 6 dni przed rozstrzygającym starciem i dostaje go w postaci 18300 ludzi, z których połowa nigdy nie stała w linii pod
ostrzałem. Naprzeciw stoi dowódca, który nie przegrał nic od 30 lat, a jego piechota buduje szyk tak, jak ten szyk wygrywa w Europie od 100 lat. Mija 6 dni od podpisania sojuszu Saksonii i wojna przenosi się około 8 km na północ od Lipska, na płaską równinę z łagodnymi
stokami, gdzie zbiory są już sprzątnięte, a ziemia jest twarda i sucha. Rano 17 września na niewielkim wzniesieniu Galgenberg stoi człowiek, który patrzy w dół na własny szyk.
Widzi 17 ogromnych czworoboków piechoty ustawionych w jednej linii, jeden obok drugiego. Każdy po 1500 ludzi. Ponad nimi las pik, nad piechotą kurz, przed piechotą działa. Cokolwiek ma się dzisiaj zdarzyć, ten widok jest dla
niego widokiem zwycięstwa, bo ogląda go od 30 lat i nigdy nie kończy się inaczej. Johann Cerklas hrabiaatili dowódca wojsk cesarsko-linistowskich ma 72 lata i od trzech dekad nie przegrywa żadnej bitwy.
Rozwija 25500 piechoty w jednej linii tercji z artylerią wysuniętą przed front i jazdą na obu skrzydłach. działa A27 ustawione tak, żeby biły na całą szerokość równiny. Lewym skrzydłem liczącym około 4000 kiraserów wspartych arkebuzerami
dowodzi Gotfried zuppenheim. Prawym skrzydłem, mniej więcej równą liczbą jazdy ligi katolickiej i lekkich Chorwatów, dowodzi Egon von Firstenberg. Całość liczy około 31400 ludzi, przy czym w części rachunków pojawia się przedział od 27 do 36 000. I
tego rozrutu nie da się dziś rozstrzygnąć. Pozycja jest wybrana starannie. Wzniesienie nie jest wysokie, ale wystarcza, żeby działa biły w dół, dalej i celniej, a nadchodząca piechota musiała podchodzić stokiem. Hrabia Tili nie zamierza z tego miejsca schodzić i nie widzi powodu, dla którego miałby.
Kto stoi wyżej, płaci mniej za każdą godzinę czekania. A czekanie w tej wojnie zwykle pracuje na tego, kto ma za plecami cesarską rzeszę, a nie flotę i jeden port na obcym brzegu. Teraz warto przyjrzeć się samej tercji, bo w niej mieści się cała rzecz.
Tercja to zwarty czworobok pikinierów i muszkieterów, głęboki na kilkadziesiąt szeregów. Dokładnej liczby źródła nie podają. Zgodnie i lepiej jej nie wymyślać. Piki, drzewce długości 45 met z żelaznym grotem wystają z każdej ściany na zewnątrz, tworząc gęstwinę, w którą koń
nie wchodzi. Muszkieterowie stoją na rogach i w przerwach między pikami strzelają na wprost i cofają się do środka, żeby nabijać. Z frontu takiego czworoboku nie łamie nic, co Europa zna. Jest to jednocześnie rozwiązanie kłopotliwe arytmetycznie, bo ognia daje niewiele. Strzelać może zaledwie kilka
pierwszych szeregów, a reszta stoi. Człowiek w środku takiego czworoboku może przez całą bitwę nie zobaczyć przeciwnika ani razu. Stoi w ścisku, ramię przy ramieniu i nie ma dokąd się obrócić, bo z każdej strony ma swoich.
Widzi kark człowieka przed sobą i nic więcej. Pikę trzyma pionowo albo opartą na ramieniu sąsiada, bo opuścić jej nie może. Drzewce o długości 5 m przy takim zagęszczeniu nie mieści się nigdzie poza górą. Ciężar idzie w barki i w dłonie.
Po godzinie ręce drętwieją, a zmiany chwytu nie da się zrobić bez potrącenia dwóch ludzi obok. Do tego dochodzi kurz, brak wody i zapach kilkuset spoconych ciał w bezwietrznym środku kwadratu.
Praca tego człowieka nie polega na walce, polega na tym, żeby nie odejść. Odpowiedź na pytanie o tę bezużyteczną głębokość brzmi prosto. Tercja nie jest zbudowana do strzelania. Jest zbudowana do tego, żeby nie dała się złamać.
Głębokość daje trzy rzeczy na raz i każda z nich jest warta więcej niż utracony ogień. Pierwsza to wytrzymałość. Kiedy przednie szeregi padają, ich miejsca zajmują ludzie z tyłu, a czworobok nie żednie na oczach przeciwnika i nie ugina się. W bitwie tej epoki rozstrzyga niemal zawsze to,
kto pierwszy podaje się do tyłu. Więc szyk, który nie ustępuje, rozstrzyga sam z siebie. Druga to bezpieczeństwo odjazdy. Przy lesie pik na wszystkie strony kawaleria nie znajduje żadnego boku i żadnego tyłu, bo każda ściana jest frontem.
Trzecia rzecz jest najmniej efektowna i najważniejsza. Taką masą dowodzi się kilkoma komendami. Ludzie nie muszą umieć wiele. Muszą stać, prosto i trzymać pikę tam, gdzie każe podoficer.
To system stworzony dla żołnierzy, których szkoli się krótko. A w wojnie zasilanej ciągłym zaciągiem i ciągłymi stratami jest to zaleta nie do przepłacenia. Nowy człowiek staje w szeregu i tego samego dnia jest użyteczny, ponieważ czworobok wymaga od niego wytrzymałości, a nie umiejętności.
Właśnie dlatego Tercja wygrywa w Europie od ponad 100 lat i dlatego stoi dziś na tym wzniesieniu w 17 egzemplarzach. Cena tego rozwiązania jest jedna i przez 100 lat nie ma znaczenia. Czworobok złożony z 1500 ludzi w kilkudziesięciu szeregach potrafi iść przed siebie. i
potrafi stać, nie potrafi się obrócić. Zmiana frontu wymaga zatrzymania całości, rozprowadzenia ludzi i ponownego złożenia ich w nowym kierunku. A przez cały ten czas tercja nie jest szykiem, tylko tłumem.
Dopóki przeciwnik podchodzi z przodu, nikt nie zadaje sobie tego pytania. Hrabia Tili również go nie zadaje i trudno z tego zrobić zarzut. Przez 30 lat każda armia, jaką spotyka, podchodzi z przodu. Jego dwaj dowódcy skrzydeł myślą w tej samej logice. Dowódca lewego skrzydła jazdy cesarskiej patrzy na
równinę i widzi miejsce, w którym jego kirasjerzy mogą obejść stanowiska nieprzyjacielskich dział. Dowódca prawego skrzydła, mając pod sobą jazdę Ligi i Chorwatów, widzi po przeciwnej stronie skrzydło wyraźnie słabsze od reszty i zapamiętuje to. Obaj mają rację w swoich obserwacjach. Cała armia stoi
tam, gdzie powinna. wyżej od przeciwnika z artylerią z przodu i jazdą na bokach, dowodzona przez najlepszego fachowca tej wojny i nie ma w tym ustawieniu ani jednego błędu, który dałoby się wskazać palcem.
Zmienia to bardzo niewiele w ogólnym położeniu, a jednocześnie ustala wszystko. Do tej chwili sytuacja polityczna pracuje przeciw Szwedom. Sojusznik zebrany na prędce, książęta niechętni, kraj wyjedzony. Teraz do tego dochodzi przeciwnik, który nie jest ani słaby, ani zacofany, tylko doskonały w
systemie stojącym UKSu. Po drugiej stronie równiny za strumieniem Lober druga armia buduje szyk według zupełnie innego rachunku, a jej linie są tak cienkie, że cesarscy weterani biorą je za pomyłkę. Za strumieniem lober tego samego ranka piechota układa się w szyk,
który z Galgenbergu wygląda na niedokończony. Zamiast czworoboków stoją podłużne płaskie prostokąty, a między nimi widać przerwy. Głębokość tych prostokątów wynosi sześć szeregów. Sześć, nie kilkadziesiąt. Cesarscy weterani, przyzwyczajeni do widoku własnych masz
na to i nie traktują poważnie. Wygląda to jak wojsko, które ustawiło się do przeglądu. a nie do bitwy i które pierwsze uderzenie jazdy przywróci na w znak. Król Szwecji Gustaw II Adolf dowodzący całością wojsk szwedzko-saskich rozwija na równinie 15000 piechoty zebranej w
siedem brygad i ustawionej w dwóch liniach jedna za drugą. Muszkieterów ma około 11300, pikinierów 4800, jazdy 8700. Artylerii ma około 51 dział polowych, a poza tym przy każdym regimencie piechoty
stoją cztery małe trzyfuntowe działa wożone razem z regimentem, jak jego własne wyposażenie. Prawym skrzydłem jazdy dowodzi Johan Baner, lewym Gustaw Horn, całą artylerią Lenard Torstenson.
W brygadach służą regimenty cudoziemskie, wśród nich szkockie i jednym z ich pułkowników jest John Hebbern. Rozstawienie sprzeciwia się wszystkiemu, czego uczy 100 lat wojny. Lekka jazda i działa regimentowe nie stoją zgrupowane w jednym miejscu, tylko są porozdzielane między brygady. Na
skrzydłach, pomiędzy szwadronami konnymi wstawione są oddziały muszkieterów, czyli piechota stoi tam, gdzie z definicji powinna stać wyłącznie kawaleria. Nic z tego nie przypomina szyku, jakim Europa wygrywa bitwy od czasów, gdy czworobok pik i muszkietów zaczyna
panować na polach walki. Najmniej zrozumiała pozostaje właśnie ta głębokość. Szyk cieńszy pięć razy to szyk, który łatwiej przebić, łatwiej przełamać i łatwiej okrążyć. A jednak król stawia na nim całą kampanię.
Praca człowieka w takiej linii wygląda inaczej niż praca w czworoboku. Muszkieter widzi przeciwnika i przeciwnik widzi jego. Za plecami nie ma 20 szeregów, w których dałoby się zniknąć. Muszkiet lątowy waży kilka kilogramów i obsługuje się go w kolejności, od której nie wolno
odstąpić. Proch z ładunku, kula, przybitka, wyciur, panewka. I przez cały czas trzeba pamiętać o tlącym się lącie, który żarzy się w lewej dłoni i którego nie można zbliżyć do prochu w niewłaściwym momencie. Ludzie robią to ramię przy ramieniu, co znaczy, że wyci
sąsiada przechodzi obok twarzy, a jego wystrzał ogłusza na chwilę i osypuje policzek gorącymi drobinami. Dłonie czernieją od prochu. W ustach zostaje smak siarki i suchość, której nie da się przełknąć.
Ten szyk nie daje żadnej osłony. Daje tylko to, że prawie wszyscy strzelają. I tu dochodzimy do rachunku, którego cesarscy weterani nie widzą, patrząc na cienkie linie. Płaski szyk zmienia na raz cztery rzeczy. Pierwsza to ogień.
Przy sześciu szeregach strzelają praktycznie wszyscy, a nie trzy pierwsze szeregi z kilkudziesięciu. Z tego bierze się liczba, którą przekazują opisy tej bitwy. Trzy do pięciu salw szwedzkich na jedną cesarską. Ta sama liczba ludzi ustawiona inaczej daje kilkakrotnie więcej kul na minutę,
bo reszta nie stoi bezczynnie w środku. Druga rzecz to podatność na ostrzał i ona działa w odwrotną stronę. Kula armatnia, która wpada w czworobok 1500 ludzi stojących w kilkudziesięciu szeregach, przechodzi przez kilka szeregów i zabiera wielu. Ta sama kula, która trafia w linię głęboką na sześć
szeregów zabiera kilku. Współczesne opisy mówią o tercjach jako o łatwym celu dla szwedzkich dział, a o oddziałach szwedzkich, że stoją rozrzedzone i zarazem twardo jak ściana. Wygląda to na sprzeczność i nią nie jest. Rozrzedzenie ratuje od artylerii, a wyszkolenie trzyma ludzi na miejscu.
Trzecia rzecz to własne działa przy każdym regimencie. Cztery trzyfuntówki są małe. Obsługuje je kilku ludzi. Przetacza się je siłą rąk i sznurów, a ich kule nie robią wyrw w murach. Znaczenie mają nie dlatego, że biją mocno, tylko dlatego, że zawsze są tam, gdzie piechota.
Dowódca nie musi z rana zgadywać, w którym punkcie pola będzie potrzebował ognia. bo ogień idzie razem z ludźmi. Czwarta rzecz jest najważniejsza i najtrudniejsza do zauważenia z drugiej strony równiny.
Brygada głęboka na sześć szeregów obraca się w miejscu. Człowiek w takim szyku ogarnia wzrokiem całą jego głębokość. Podoficer widzi swoich ludzi wszystkich na raz. Komendę słyszy każdy, a wykonanie zajmuje tyle, ile zajmuje kilka kroków.
Druga linia istnieje dokładnie w tym celu, żeby mieć w rezerwie oddziały nietknięte walką, które można posłać w dowolny punkt pola bez rozrywania frontu. Cena tego rozwiązania jest równie jednoznaczna jak jego zaleta. Cienki szyk wymaga ludzi, którzy potrafią robić
trudne rzeczy pod ostrzałem. Nabijać w tempie, zmieniać kierunek, przestawiać się nie tracąc szyku. Takich ludzi trzeba uczyć latami i trzeba im regularnie płacić, bo inaczej odchodzą. Król uczy ich od kilku lat.
Wcześniej w wojnie z Rzecząpitą, potem na Pomorzu i właśnie na tym opiera całość swojego rachunku. Tercja bierze każdego i wymaga wytrzymałości. Brygada bierze wyszkolonego i wymaga umiejętności. To są dwie odmienne odpowiedzi na to samo pytanie o to, skąd
brać żołnierza i tylko jedna z nich pozwala na ruch. Jeśli takie tematy mają dla państwa wartość, proszę o zostawienie łapki w górę. To realnie pomaga takim materiałom docierać do zainteresowanych. O tym jak ta armia wygląda od środka wiemy między innymi od Roberta Monro,
szkockiego oficera służącego w jednym z tych regimentów, który po latach opisuje służbę, wyposażenie i codzienność kampanii. Jego relacja ma oczywiste ograniczenie, o którym trzeba powiedzieć wprost: “Widzi swój oddział, a nie całe pole i pisze dla czytelnika w Anglii i Szkocji, więc upraszcza. Za to zostawia
rzecz, której nie ma w żadnym rozkazie. Obraz ludzi, którzy tego dnia stoją w sześciu szeregach i wiedzą, po co tam stoją. Obok nich, na lewym skrzydle sojuszniczej linii stoi wojsko saskie, które ćwiczeń nie przechodzi żadnych i muszkietów ma bardzo mało. Cały szwedzki
rachunek działa więc tylko na części pola, a około południa rozpoczyna się kanonada i okazuje się, że tego dnia przeciwnikiem jest także wiatr. Dwie armie stoją naprzeciw siebie przez dwie godziny i nie robią nic poza strzelaniem.
Nikt nie rusza się z miejsca, nikt nie naciera, nikt nie podchodzi. Kule lecą w jedną i w drugą stronę. Ludzie padają w szeregach i nie mają komu odpowiedzieć własną ręką. W tej nieruchomości ujawnia się rzecz, której nie ma w żadnym planie. Wiatr
wieje w jedną stronę i to okazuje się ważniejsze od zamiarów obu dowódców. Zacznijmy od świtu. Rankiem 17 września nad Równiną na północ od Lipska leży mgła. Powietrze jest duszne i nieruchome. Widoczność niewielka. Data 17 września to rachuba
nowego kalendarza. W źródłach posługujących się starym stylem ten sam dzień nosi datę 7 września. Król Szwecji Gustaw II Adolf zostawia w swojej relacji jedno z niewielu zdań pierwszej osoby, jakie mamy z tego dnia.
Pisze, że w szarym świetle poranka rozkazuje trębaczom grać marsza, a ponieważ między jego pozycją a miastem nie ma lasów, od razu rozwija armię w szyk bojowy i rusza w kierunku miasta. Zdanie jest suche i mówi dokładnie to, co w tej chwili jest istotne. Między nim a przeciwnikiem nie ma nic, co
zasłaniałoby widok, więc nie ma sensu marszu w kolumnie. Wojska szwedzko-saskie wychodzą na równinę spoza strumienia Lober i od pierwszej chwili wchodzą pod ostrzał. Ogień ciężkich dział z Galgenbergu idzie powoli, ale nieprzerwanie.
Przejście przez strumień i wyjście na otwartą płaszczyznę odbywa się pod zasłoną czarnego prochowego dymu i kurzu, wzniesionego tysiącami stóp i kopyt, a z tej zasłony spada wolny, równy deszcz kul. Kolumny wchodzą w szyk, brygady rozciągają się na wyznaczone miejsca.
Działa idą razem z regimentami, a Lenard Torstenson dowodzący szwedzką artylerią rozstawia cięższe działa tak, żeby biły w czworoboki na wzniesieniu. Koło południa zaczyna się dwugodzinna kanonada i nikt jej nie przerywa, bo obaj dowódcy mają powody, żeby stać.
Hrabia Ti, dowodzący wojskami cesarsko-ligistowskimi, siedzi na wzniesieniu, którego nie zamierza oddać, bo z niego jego działa biją. dalej i taniej. Król nie chce atakować stoku pod ogniem i wchodzić pod górę wprost w piki 17 czworoboków.
Obaj więc czekają, aż pierwszy róg zrobi ten drugi i obaj mają w tym rachunek bez błędu. Kanonada jest najgorszą rzeczą, jaka może się przytrafić piechocie i to trzeba powiedzieć wprost. Żołnierz stoi w szeregu i nie ma nic do roboty. Nie może odpowiedzieć, bo
przeciwnik jest za daleko dla muszkietu. Nie może się schylić, bo szyk trzyma się ramionami. Nie może odejść, bo z tyłu stoi podoficer, a obok stoją ludzie, przy których wstyd jest silniejszy od strachu.
Kula armatnia nie leci dwiżdżąc nad głowami. Na tej odległości widać ją jako ciemny punkt, który skacze po twardym polu i idzie dalej. I każdy w szeregu wie, że jeżeli idzie w jego stronę, nie ma z tym nic do zrobienia. W cesarskim czworoboku jedna taka kula przechodzi
przez kilka szeregów na raz, a ludzie z tyłu wchodzą na miejsca, tych z przodu. W cienkiej szwedzkiej linii zabiera kilku i leci w pustkę. Dym, z dział i kurz z ruchu wojsk zbierają się w wielkie chmury, które przy silnym wiatrze z południowego zachodu idą prosto w twarze Szwedom.
To nie jest niewygoda. To zmiana warunków bitwy. Ludzie oddychają pyłem i prochem. Oczy łzawią. Ląd trzeba osłaniać własnym ciałem, a celowanie sprowadza się do strzelania w kierunku, z którego przychodzi huk. Artylerzyści nie widzą, gdzie padają ich kule, więc
nie mogą poprawić naprowadzenia. Rachunek strat tej kanonady jest znany i wysoki dla obu stron. ginie około 1000 Szwedów, około 1000 Sasów i około 2000 ludzi po stronie cesarsko-ligistowskiej, a bitwa nie zaczęła się jeszcze na dobre.
W tym momencie król podejmuje decyzję, która wygląda technicznie, a rozstrzyga o całym dniu. Żeby uwolnić się od dymu i mieć wiatr po własnej stronie, rozkazuje prawemu skrzydłu wykonać obrót w lewo, przez co cała linia przesuwa się w prawo. Ruch jest zauważony natychmiast i
to po obu stronach. Widzi go zarówno hrabia Tili, jak i Gotfried Cuapenheim, dowodzący jego lewym skrzydłem jazdy. Trudno zrozumieć, dlaczego kierunek wiatru wymaga przestawienia całej armii, dopóki nie zestawi się go z tym, na czym ta armia jest zbudowana.
Dym oznacza tu ślepotę, a ślepota kasuje całą szwedzką przewagę. Ten system opiera się na celnym, częstym ogniu, na tym, że brygada wie gdzie stoi i gdzie stoi przeciwnik oraz na tym, że można ją posłać w nowy kierunek.
>> Żadna z tych rzeczy nie działa w dymie lecącym w twarz. Muszkieter, który nie widzi celu, strzela na oślep i traci przewagę liczby salf. Dowódca brygady, który nie widzi sąsiedniej brygady, nie wie, gdzie kończy się jego odcinek.
Cienki szyk pozbawiony widoku przestaje być ruchliwy i staje się bezradny, a jako ściana wytrzymuje gorzej niż czworobok, bo nie ma głębokości. Ucieczka od dymu nie jest więc wygodą. Jest warunkiem, żeby ta armia w ogóle mogła walczyć po swojemu. Decyzja ma
jednak cenę i król ją widzi w chwili, w której wydaje rozkaz. Przesunięcie całej linii w prawo obnaża lewe skrzydło, a na lewym skrzydle stoi wojsko saskie z elektorem Janem Jerzym i sojusznikiem sprzed sześciu dni, którego piechota nie przechodzi żadnego szkolenia i ma bardzo
mało muszkietów. Ci sami ludzie noszą już od dwóch godzin główny ciężar ostrzału i mają za sobą 1000 zabitych. teraz stają się skrzydłem odsłoniętym, wysuniętym, oderwanym od reszty. Król wymienia ślepotę na ryzyko świadomie, bo
bez widoku nie ma czym wygrać. Z tego wynika rzecz, która zmienia całe rozumienie tego dnia. Katastrofa, która za chwilę spada na lewe skrzydło wojsk szwedzko-saskich, nie jest przypadkiem ani skutkiem samej słabości Sasów.
Stwarza ją własna decyzja szwedzkiego dowództwa, podjęta z dobrych powodów i bez alternatywy. Pytanie o tę bitwę przestaje więc brzmieć, dlaczego Sasi uciekają. Zaczyna brzmieć inaczej, co pozwala armii przetrwać skutki własnego manewru.
W ogólnym położeniu zmienia się na razie niewiele i jednocześnie wszystko. Obie armie stoją tam, gdzie stały. Obie tracą po kilkuset ludzi na godzinę. Żadna nie zdobywa ani kroku terenu. Hrabia Tili nadal stoi wyżej od przeciwnika i nadal nie przegrał w życiu żadnej bitwy. Król
ma wiatr po swojej stronie i odsłonięte skrzydło, a około 2:00 po południu ktoś po cesarskiej stronie przestaje czekać, nie pytając nikogo o zgodę. O 2:00 po południu na lewym końcu cesarskiej linii 4000 kirasjerów rusza z miejsca. Ziemia drży, kurz podnosi się ścianą. Jazda
schodzi ze stoku i zakręca szerokim łukiem, żeby ominąć odcinek, na którym stoją szwedzkie działa. Nikt nie wydaje na to rozkazu. Gotfried zuppenheim dowodzący lewym skrzydłem jazdy cesarsko-ligistowskiej nie dostaje od hrabiego Tiliego żadnego polecenia i atakuje z własnej
inicjatywy. Fakt ten notują relacje strony cesarskiej i nie ma powodu w niego wątpiać. Powodów samej decyzji źródła natomiast nie podają. A on sam nigdy jej nie tłumaczy. Kierunek uderzenia idzie na prawe skrzydło wojsk szwedzko-saskich, którym dowodzi Johan
Baner. Za kirasjerami ruszają arkebuzerzy, czyli lżejsza jazda z bronią palną, przyzwyczajona do strzelania z siodła, a za nimi jeszcze jeden regiment ściągnięty z drugiej linii. Zamiar da się odczytać ze sposobu wykonania. Przełamać szwedzki front karakolem. Karakol jest sposobem walki,
w którym szeregi konne podjeżdżają kolejno do przeciwnika, strzelają z pistoletów i odjeżdżają do tyłu nabijać, a na ich miejsce wchodzi szereg następny. Ogień płynie wtedy nieprzerwanie, warstwa po warstwie i wygryza w szyku dziurę, przez którą wchodzi cała masa.
Ten sposób nie powstaje z fantazji, powstaje z doświadczenia całego stulecia. Przeciwko wielkiej masie piechoty, której nie da się przewrócić rozpędem, bo stoi w lesie pik, nie ma innego wyjścia. Taką masę trzeba rozstrzelać, a nie roztrącić.
Przez 100 lat jazda robi to właśnie w ten sposób i przez 100 lat to działa, bo czworobok przyjmuje ogień i wytrzymuje, dopóki wytrzymuje. Praca Kirasiera jest w tym wszystkim najcięższa fizycznie. nosi zbroję zakrywającą tors, ramiona i nogi do kolan. Cłamknięty. Patrzy szczelinę
wzrokową, która zabiera mu wszystko, co dzieje się z boku. Powietrze pod hełmem robi się gorące po kilku minutach. Podcieknie do oczu i nie ma czym go zetrzeć. Prawą ręką trzyma pistolet z zamkiem kołowym, a nabijanie go w siodle wymaga włożenia prochu, kuli i przybitki przy koniu, który nie stoi spokojnie, bo
obok padają strzały. Wszystko to robi się jedną ręką, drugą trzymając wodzę w kurzu po dwóch godzinach kanonady, w której ci ludzie stoją bez ruchu i tracą towarzyszy bez możliwości odpowiedzi.
Pierwsze podjechanie wygląda tak, jak powinno wyglądać. Szeregi wchodzą na odległość strzału, strzelają, zawracają. Potem następuje coś, czego Karakol nie przewiduje. Salwa przychodzi nie z przodu, z linii piechoty, tylko z boku, z bliska, z
miejsca, gdzie Kiras jezy spodziewają się wyłącznie koni. Siedem szarż odbija się od szwedzkiego prawego skrzydła i żadna nie robi wyłomu. W części opracowań liczba szarsz podawana jest ostrożniej, od trzech do siu, a siem jest liczbą obiegową i tej się tu trzymamy. Rozrzut dotyczy liczby prób,
nie ich rezultatu. Giną dowódcy regimentów Aderkas i Damit, a król oraz dowódca prawego skrzydła szwedzkiego jeżdżą wzdłuż linii i podtrzymują ludzi głosem i obecnością. Na tym odcinku pola nie przesuwa się nic.
Trudno to pogodzić z tym, kim są atakujący. 4000 Kirasierów to najlepsza jazda w cesarskiej służbie, dowodzona przez oficera uważanego za najlepszego kawalerzystę tej wojny i oderża siedem razy w ten sam punkt bez żadnego rezultatu.
Rozwiązanie leży nie w jakości ludzi ani w sile broni, tylko w tym, że ten sposób walki trafia na szyk, przeciwko któremu został wymyślony najmniej. Karakol potrzebuje czasu i zakłada, że przeciwnik stoi i wytrzymuje.
Każde podjechanie, wystrzał i odjazd to kilkadziesiąt sekund, w których jazda znajduje się blisko i w których wykonuje obrót, żeby odejść na nabijanie. W tym właśnie momencie koń idzie bokiem. Człowiek patrzy przez szczelinę w kierunku, w którym jedzie, a jego pistolet jest pusty. A Szwedzi nie
stawiają w tym miejscu wyłączni kawalerii. Między szwadronami konnymi stoją oddziały muszkieterów, wsunięte tam wbrew wszystkim przyzwyczajeniom epoki. I te oddziały biją salwami z bliska, dokładnie wtedy, kiedy kirasjerzy zawracają.
Muszkiet z takiej odległości bywa w stanie przebić zbroję kirasjerską, więc opancerzenie przestaje być odpowiedzią. Kiedy szereg konny łamie się i zwalnia, a muszkieterowie odchodzą do nabijania, w powstałą przerwę wchodzi jazda szwedzka i kontratakuje krótko na rozproszonych, nieuporządkowanych ludzi.
Potem wszyscy wracają na miejsca i cykl zaczyna się od początku. W tym układzie nie chodzi więc o to, że muszkiet jest mocniejszy od pistoletu, ani o to, że Finowie i Szwedzi w siodle są lepsi od Kirasierów. Chodzi o to, że sposób obliczony na nieruchomego przeciwnika stosuje się przeciwko przeciwnikowi mieszanemu, który strzela
z bliska i sam wyjeżdża do przodu. Dowódca cesarskiego lewego skrzydła powtarza to siedem razy i siedem razy dostaje ten sam wynik, a z jego strony wygląda to raz po raz inaczej. Widzi linię rozchwianą, z każdą chwilą bliższą pęknięcia.
Powtarzalność ma swoją cenę w ciele. Po czwartej, piątej szarży konie idą coraz krócej i coraz gorzej przyjmują ostrogę. Ludzie mają ręce bezużyteczne od nabijania, sucho w gardle i huk w uszach, bo salwa z kilkunastu kroków ogłusza na dłuższą chwilę.
Zbroja, która na początku dnia daje pewność, po dwóch godzinach jest już tylko ciężarem trzymającym w siodle człowieka, który nie ma siły trzymać się sam. To samo dzieje się po drugiej stronie. Muszkieter wie, że jeśli spóźni się z salwą o kilka sekund, konie wejdą w jego szereg, a wtedy nic go nie ochroni, bo
za nim stoi tylko pięć szeregów. Obie strony pracują na granicy wytrzymałości i żadna nie może przestać pierwsza. W ogólnym położeniu ten dwugodzinny bój zmienia dwie rzeczy i obie są ważniejsze niż to, że skrzydło się trzyma.
Pierwsza. Najlepsza jazda cesarska zużywa się na jednym odcinku bez zdobyczy i przestaje być siłą, którą dowódca całości może jeszcze gdzieś skierować. Druga jest jeszcze istotniejsza i widać ją dopiero z perspektywy całego dnia.
Przewaga ognia u Szwedów istnieje, działa i odbija siedem szarż najlepszej kawalerii w polu i nie rozstrzyga bitwy. O 5:00 po południu walka trwa dalej, bo w tym samym czasie na przeciwnym końcu równiny cesarska jazda prawego skrzydła rusza w szyku skośnym, a tam wszystko
przebiega całkowicie inaczej. Między trzecią a czwartą po południu na lewym końcu sojuszniczej linii cała armia Saska schodzi z pola. Nie oddział, nie pojedynczy regiment, nie jedno skrzydło jazdy, niemal połowa sił sojuszniczych razem z własnym władcą.
Wozy zawracają. Piechota przechodzi przez własne tyły między wozami. Porządek rozpada się w ciągu kilkunastu minut. Po tym rutu wojska szwedzkie nie mają już lewego skrzydła. Mają odsłonięty bok, w który patrzą cesarskie tercje i cesarska jazda.
Trzeba cofnąć się o pół godziny i wrócić na ten koniec równiny, bo tam wszystko wygląda inaczej niż na skrzydle, gdzie kirasjerzy odbijają się od muszkietów. Prawym skrzydłem wojsk cesarsko-ligistowskich dowodzi Egon von Fürstenberg, mając pod sobą jazdę ligi katolickiej i lekkich
Chorwatów. Naprzeciw niego stoi wojsko saskie, którym formalnie dowodzi elektor Jan Jerzy i sojusznik sprzed sześciu dni, a faktycznie prowadzi je Hans Georg von Arnim, doświadczony żołnierz postawiony na czele 9000 nieprzeszkolonych
rekrutów. Uderzenie idzie w szyku skośnym, czyli tak, że jedno skrzydło atakującej linii dochodzi do przeciwnika wcześniej i całą siłą, zamiast równomiernie na całej szerokości. Jazda wchodzi w saską piechotę pod kątem, zwija ją od boku, a za jazdą
podchodzą tercje. Firstenberg robi to bez wahania, bo widzi przed sobą skrzydło wysunięte i oderwane od reszty po tym, jak cała sojusznicza linia przesuwa się w prawo, uciekając od dymu. Praca człowieka, który staje wtedy w saskim szeregu, nie ma nic wspólnego z
walką w sensie, w jakim rozumieją zawodowy żołnierz. Ten człowiek dostaje broń kilka tygodni wcześniej. Muszkietu najczęściej nie ma. Ma pikę albo halabardę i nie zdążył się nauczyć, co z tym robić w ścisku. Słyszy ten tent, którego nie widzi, bo przed
nim stoją swoi i wisi kurz. Potem widzi konie na kilkanaście kroków, wysokie, w zbroi, idące bokiem w jego szereg i w tym momencie zostaje mu dokładnie tyle czasu, ile zajmuje jeden oddech.
Nie ma czym zatrzymać jazdy na odległość, bo nie potrafi trzymać piki razem z sąsiadami tak, żeby powstała z nich ściana. Nie ma czym jej odpędzić, bo ogniem nie dysponuje. Szereg otwiera się w jednym miejscu. Przez to miejsce wchodzą jeźdźcy i od tej chwili nie ma już
szeregu, tylko ludzie stojący pojedynczo w polu. Rozstrzygnięcie na tym odcinku zajmuje mniej niż godzinę i jest zupełne. Tego samego dnia na tym samym polu, o tej samej porze na drugim skrzydle siedem szarsz najlepszej jazdy cesarskiej rozbija się o szwedzkie linie. A tutaj jedno uderzenie zmiata z
pola połowę sił sojuszniczych. Odpowiedź na te różnice nie leży w charakterze ludzi i nie leży w odwadze. Leży w tym, że w jednej linii stoją dwa całkowicie odmienne wojska. Po jednej stronie ludzie szkoleni latami, stojący w szyku głębokim na sześć szeregów, z własnymi działami przy regimentach i
muszkieterami wstawionymi między jazdę. Po drugiej 9000 rekrutów i milicji z bardzo małą liczbą muszkietów zebranych w kilka tygodni, bo sojusz podpisano sześć dni przed bitwą i więcej czasu po prostu nie było. I tu warto powiedzieć rzecz, którą część opisów pomija.
Formuła o Sasach, którzy uciekają bez walki pojawia się w relacjach i nie jest dokładna. Ci ludzie stoją przez dwie godziny kanonady na odsłoniętym skrzydle noszącym główny ciężar ostrzału i tracą w tym czasie około tysiąca zabitych.
Pod ogniem, którego nie da się odwzajemnić, wytrzymują. Czego nie potrafią, to przyjąć uderzenia jazdy w szyku skośnym, a potem jeszcze podchodzących za nią tercji. Do tego potrzebne są dwie rzeczy. Muszkiety, których nie mają i wyszkolenie, którego nie mają. Również
ich rozsypanie się nie jest tchórzostwem. Jest przewidywalnym następstwem tego, że armię zebrano w kilka tygodni. przewidywalnym także dla dowództwa, które wie czym rozporządza i mimo to stawia ich w linii, bo 18 000 ludzi to 18 000 ludzi, a innych sojuszników nie ma. Skutki spadają
natychmiast i idą dalej niż sięga samo skrzydło. Na saskich stanowiskach zostają porzucone działa, a Firstenberg używa zdobytej saskiej artylerii, żeby ostrzeliwać szwedzkich kirasjerów walczących obok. Ginie pod tym ogniem pułkownik Eferenhol i część jego ludzi.
Zdarzenie wygląda na epizod, a jest zapowiedzią całej mechaniki tego dnia. Hrabia Ti, dowodzący całością wojsk cesarsko-lidistowskich, ma w tym momencie najlepsze pół godziny swojego dnia i prawdopodobnie najlepsze pół godziny swojej kariery. Jego prawe skrzydło osiąga sukces zupełny. Połowa
sił przeciwnika przestaje istnieć jako wojsko, a przeciwnikowi zostaje otwarty bok. Rozkazuje więc Firstenbergowi ponowić uderzenia. Teraz na odcinek, którym dowodzi Gustaw Horn, dowódca lewego skrzydła jazdy szwedzkiej i wprowadza w ruch piechotę. Tercje schodzą ze stanowisk i idą ukosem w
stronę odsłoniętego boku. Z punktu widzenia całej sztuki wojennej tego stulecia bitwa jest w tej chwili rozstrzygnięta i rozstrzygnięta na jego korzyść. Zasada obowiązuje bez wyjątków. Armia, która traci skrzydło, traci front, a armia, która traci front, przestaje panować nad kierunkiem walki.
Przeciwnik zostaje wtedy zwinięty od boku po kolei, bo każda jego część musi walczyć osobno i każda ma nieprzyjaciela z dwóch stron. Nikt na tym polu nie ma powodu sądzić inaczej, a najmniej człowiek, który od 30 lat nie przegrywa i który tę zasadę stosuje wielokrotnie z pełnym
powodzeniem. To jest najgorsze położenie wojsk szwedzkich w całym tym dniu. Odsłonięty bok, połowa sojuszniczej armii w odwrocie, artyleria własnego sojusznika w rękach przeciwnika i strzelająca do własnych. A przeciwko odsłoniętemu skrzydłu idą tercje oraz jazda, która
właśnie wygrała swoją część bitwy. Godzina jest 4:00 po południu. Do zmierzchu zostaje mniej niż trzy godziny, a według wszystkich reguł swojego czasu wojska szwedzkie mają przed sobą nie bitwę, tylko odwrót pod uderzeniami.
I wtedy król wydaje rozkaz, który brzmi jak zadanie z geometrii. O 4:00 po południu na odsłoniętym boku wojsk szwedzkich nie zapada rozkaz do odwrotu, zapada rozkaz do budowy. Kiedy hrabia Tilii próbuje obejść otwarte lewe skrzydło, król Szwecji Gustaw II Adolf poleca drugiej linii
oraz lewemu skrzydłu pod dowództwem Gustawa Horna utworzyć nowy lewy front, ustawiając piechotę pod kątem prostym do głównej linii. Nie cofa się o krok, nie ściąga nikogo z prawego skrzydła. nie prosi o czas. Z tej samej armii stojącej na tym samym miejscu buduje drugą armię
zwróconą w nowym kierunku. Tekst tego rozkazu nie istnieje i nie ma sensu wkładać nikomu słów w usta. Znamy fakt i znamy wynik. Wykonanie należy do Horna, dowódcy lewego skrzydła jazdy szwedzkiej, a poszczególne brygady wykonują obrót samodzielnie, każda u siebie. W ciągu kilku minut na miejscu,
na którym jeszcze niedawno stało wojsko saskie, stoi front zwrócony w bok, złożone z oddziałów, które przez dwie godziny kanonady nie brały udziału w walce. Wyłom jest zamknięty. >> Cesarskie uderzenie trafia więc nie w otwartą przestrzeń, lecz w gotową linię i zaczyna się bój na odcinku Horna,
trwający około godziny. Piechota cesarsko-ligistowska podchodzi ukosem. Jazda Ligi Katolickiej i Chorwaci wchodzą po kilka razy i za każdym razem znajdują przed sobą muszkietowy ogień z bliska oraz działa regimentowe, które stoją tam, gdzie stoi piechota.
Jeszcze przed śmiercią Eferenhala jego kirasjerzy razem z drugim regimentem konnym odbijają uderzenie jazdy Firstenberga, zanim sytuacja na tym skrzydle zostaje uporządkowana. Nieprzerwany ogień muszkieterów Horna i pułkownika Johna Hebberna, szkockiego dowódcy jednej z brygad w szwedzkiej
służbie, razem z ogniem artylerii zmusza cesarską piechotę do zwolnienia kroku. Trudno pojąć w jaki sposób taka przebudowa jest w ogóle wykonalna w środku bitwy. Zmiana frontu jest jedną z najtrudniejszych rzeczy, jakie wojsko potrafi robić. A robić ją na oczach nadchodzącego przeciwnika oznacza
wystawienie się na cios w najbardziej wrażliwym momencie. W tym samym czasie pole przestaje być widoczne. Gęste chmury dymu i kurzu przy silnym wiatrze z zachodu rozciągają się teraz na całej równinie. Nie idą już w jedną stronę, wiszą wszędzie.
Dowódcy nie mogą ogarnąć wzrokiem walki, a żołnierze nie rozpoznają własnych towarzyszy. Człowiek w takim szyku widzi kilkadziesiąt kroków przed siebie i to jest cały jego świat. Huk przychodzi z kierunku, z którego nie przychodzi nic widzialnego, a strzały słychać za plecami, choć za plecami stoją swoi. Nie
ma sposobu, żeby sprawdzić, czy oddział obok to jeszcze brygada z drugiej linii, czy już cesarska tercja, która weszła w lukę. Do tego dochodzi pył w gardle po pięciu godzinach bez wody, głuchota po salwach z bliska i to, że rozkazu głosem nie słyszy nikt dalej niż na kilka kroków.
Hebbern robi wtedy rzecz, która zostaje w relacjach jako jedna z najbardziej ludzkich scen tego dnia. Daje znak swoim muzykantom, żeby grali szkockiego marszha. Nie po to, żeby dodać komukolwiek odwagi. Po to, żeby jego ludzie wiedzieli, gdzie jest ich własna brygada, kiedy nie widzą jej
wzrokiem. Marsz słychać tam, gdzie nie widać niczego, więc muzyka przestaje być ozdobą i staje się sposobem dowodzenia. W tym samym czasie przed cesarską piechotą rzecz rozstrzyga się na głębokich rowach przecinających pole.
Kiedy tercje zaczynają je przechodzić, szyk musi się rozluźnić, bo wrów nie wchodzi się kilkudziesięcioma szeregami na raz. Pułkownik Kaldenbach wychodzi wtedy ze swoim redimentem naprzeciw w uderzenie, z którego nie ma powrotu, żeby zatrzymać przeciwnika na tych kilku minutach, kiedy jest najbardziej
podatny. Ginie tam razem z niemal całym oddziałem. Zyskuje czas, którego frontna potrzebuje, żeby się ustawić. Odpowiedź na pytanie o wykonalność tej przebudowy jest prostsza niż wygląda i mieści się w jednym zdaniu. To nie jest przebudowa armii, to jest obrót brygad, a każda
robi go sama u siebie. Na tym polega cała różnica między dwoma systemami, które stoją tego dnia naprzeciw siebie. Żeby obrócić tercję o 1500 ludziach ustawionych w kilkudziesięciu szeregach, trzeba ją najpierw zatrzymać, potem rozprowadzić na boki, potem złożyć od
nowa w innym kierunku, a przez cały ten czas nie jest ona szykiem, tylko tłumem ludzi z pikami. Zajmuje to godziny i wymaga miejsca, którego w bitwie nikt nie daje. Brygada głęboka na sześć szeregów obraca się w miejscu, bo sześć szeregów to głębokość, którą człowiek
ogarnia wzrokiem. Podoficer widzi wszystkich swoich naraz. Komendę słychać na całą głębokość, a wykonanie zajmuje tyle, ile zajmuje kilka kroków. Do tego dochodzą dwie rzeczy, które ten obrót umożliwiają. Pierwsza to druga linia, która istnieje właśnie w tym celu.
Oddziały nietknięte walką, stojące z tyłu i wolne, więc można ich użyć w dowolnym kierunku, bez rozrywania frontu, który już walczy. Druga to działa regimentowe. Po cztery, trzyfuntówki przy każdym regimencie, przetaczane siłą rąk razem z własną piechotą. Nowy front nie powstaje jako
linia ludzi bez wsparcia. Powstaje razem z ogniem, bo ogień idzie tam, gdzie idą ludzie. Rozkaz króla nie jest więc genialną improwizacją. Jest użyciem tego, do czego ta armia została zbudowana. Nie wymyśla wyjścia z sytuacji. Od kilku lat buduje wojsko, które potrafi wychodzić z
sytuacji i tego dnia po prostu po nie sięga. Dym domyka ten rachunek z drugiej strony. W takich warunkach nie da się dowodzić armią z jednego punktu, bo z żadnego punktu nie widać pola. Rozkaz nie dojdzie w czasie, w którym jest jeszcze potrzebny. A dowódca nie dowie
się, co dzieje się 200 kroków dalej. Wygrać może więc tylko wojsko złożone z części, które umieją działać samodzielnie. Takie, gdzie brygada obraca się bez czekania na polecenie, a pułkownik trzyma ludzi razem muzyką, kiedy nie ma czym inaczej. To dokładnie ta sama właściwość, która pozwala zamknąć odsłonięty bok. Dwie rzeczy
wyglądające na osobne, obrót pod kątem prostym i marsz grany w dymie, są jedną rzeczą. Położenie odwraca się w ciągu godziny i odwraca się całkowicie. Sukces prawego skrzydła cesarskiego zostaje unieważniony. Nie ma już odsłoniętego boku. Jest nowy front, a piechota
cesarsko-ligistowska zamiast zwijać przeciwnika stoi przed nim i traci tempo. Jazda ligi zużywa się na uderzeniach, które nie dają nic, a tercje wychodzą ze swoich pozycji na wzniesieniu w otwarte pole, gdzie nie mają już ani stoku, ani porządku, w jakim stały od rana. Koło 5:00 na
przeciwnym skrzydle kirasjerzy Papenheima wreszcie pękają i wtedy król widzi to na co czeka od południa. Około 5:00 po południu na prawym skrzydle wojsk szwedzko-saskich jazda Johana Banera przeprowadza kolejne uderzenie i tym razem cesarscy kirasjerzy nie wracają na swoje miejsce.
Po kilku godzinach powtarzanych szarż, po siedmiu odbiciach od tego samego odcinka, jazda Gotfrida zu Papenheima nie ma już z czego się odtworzyć. Ludzie i konie są zużyci. Szyk nie odtwarza się po żadnym zawróceniu.
Oddziały odchodzą z pola. Bój trwa wtedy już 5ą godzinę. Na miejscu, w którym przez cały dzień kłębi się 4000 kiraserów, zostaje pustka. Pustka ta nie jest kawałkiem równiny bez ludzi. Jest przejściem, które prowadzi prosto w bok cesarskiej armii, bo między
jej środkiem a lewym skrzydłem otwiera się Luka. Król Szwecji Gustaw II Adolf, dowodzący całością wojsk sojuszniczych, dostrzega ją i nie zwleka. Prowadzi tam jazdę osobiście. wchodzi w przerwę, wychodzi na odsłonięte lewe skrzydło cesarskie i zdobywa stojącą na
wzniesieniu artylerię hrabiego Tiliego, a potem obraca ją i strzela z niej w jego własną piechotę. Atak na bok, w który nikt nie patrzy. Trwa krótko i wygląda zupełnie inaczej niż walka z frontem.
Obsługa ciężki w działa w jedną stronę ku równinie i nie ma czym się bronić z boku, bo działo nie obraca się w kilka sekund, a osłony piechoty w tym miejscu już nie ma. Ludzie porzucają stanowiska albo giną przy nich w kilku minutach.
Jeźdźcy zjeżdżają z siodeł na twardą, rozjeżdżoną ziemię między lawetami i od razu zaczyna się druga część pracy, ta znacznie wolniejsza. Działa trzeba przetoczyć rękami i sznurami, obrócić lawetę w nowym kierunku, znaleźć w porzuconych skrzyniach cudzy proch i cudze kule, ocenić na oko odległość do celu
stojącego kilkaset kroków dalej. Dać pierwszy strzał i poprawić naprowadzanie po tym, gdzie padnie. Wszystko to w dymie, który wisi nad całym polem, przy huku dochodzącym z każdej strony, w pośpiechu, bo w każdej chwili może nadejść przeciwuderzenie. Za tym idzie drugi ruch tego samego rodzaju. Kiedy
ludzie hrabiego Tilliego dostają ogień z własnych zdobytych dział, szwedzka artyleria pod dowództwem Lenarta Torstensona zmienia kierunek strzelania i bierze tercje w ogień krzyżowy, czyli ostrzał z dwóch różnych kierunków na raz. Torstenson przestawia na prowadzenie, żeby bić celniej po masach
piechoty, które właśnie schodzą z dogodnych pozycji i idą w otwarte pole. Sama liczba zdobytych dział nie tłumaczy, dlaczego to rozstrzyga. Zdobycz obejmuje 27 sztuk, a wojska szwedzko-saskie mają ich od rana 66, czyli ponad dwa razy więcej i przez 5
godzin z nich strzelają, nie łamiąc cesarskiej piechoty. Odpowiedź nie dotyczy liczby lów, dotyczy kierunku. Wszystkie działa strony sojuszniczej, 66 sztuk, biją od rana w cesarski front, czyli w miejsce, w którym tercja jest najmocniejsza.
>> Kula wchodzi wtedy w głębokość czworoboku, zabiera ludzi z kilku szeregów, a szyk nie żednie, bo ludzie z tyłu wchodzą na miejsca poległych i czworobok stoi dalej. Ostrzał frontalny zabija wielu i nie zmienia niczego w kształcie szyku.
Zdobyte działa stoją natomiast na wzniesieniu i patrzą w bok. Kula lecąca wzdłuż boku czworoboku nie przechodzi przez kilka szeregów, przechodzi przez kilkanaście, bo idzie po najdłuższej możliwej drodze wewnątrz szyku. Tercja pod ogniem z boku traci przy tym wszystkie trzy rzeczy, dla których
została zbudowana. Nie może odpowiedzieć, bo jej muszkiy są zwrócone w inną stronę, a działa, które miała przed sobą, są właśnie w rękach przeciwnika. Nie może odejść, bo odejście kilkudziesięciu szeregów wymaga miejsca i czasu, których nie ma. Nie może się obrócić, bo obrót takiej masy oznacza
zatrzymanie, rozprowadzenie i złożenie od nowa, czyli godzinę bez szyku. Zostaje jej jedyna czynność, jaką zna od 100 lat. Stać, a wtedy ogień przychodzi jeszcze z drugiego kierunku.
Torstenson przestawia szwedzkie działa zdobyte cesarskie biją z boku i tercje znajdują się w ostrzale krzyżowym, z którego nie ma żadnego wyjścia dostępnego temu szykowi. Człowiek stojący wewnątrz widzi wówczas coś, czego nie widzi nikt walczący z frontem. Kule idące wzdłuż jego własnego
szeregu, w linii, w której stoi jedna po drugiej. Nie ma dokąd zrobić kroku, bo z lewej i z prawej ma swoich. Z przodu ma swoich i z tyłu ma swoich. Nie ma do kogo strzelić, bo przeciwnik jest kilkaset kroków dalej przy działach. Nie ma co robić rękami, a rękami robi się
wszystko, co pozwala człowiekowi wytrzymać w bitwie. Ludzie stoją w kurzu, ogłuszeni po sześciu godzinach bez wody i ich jedyne zadanie polega na tym, żeby nie odejść z miejsca, w którym ginie się bez odpowiedzi.
Warto zestawić ze sobą oba momenty tego dnia, bo razem tłumaczą całą bitwę lepiej niż cokolwiek innego. Godzinę wcześniej dowódca cesarskiego prawego skrzydła, Egon von Fürstenberg strzela do szwedzkich kirasierów ze zdobytej artylerii saskiej i zabija pod tym ogniem pułkownika oraz część jego ludzi.
Robi więc dokładnie to samo, co godzinę później robi król. bierze działa przeciwnika i obraca je przeciwko niemu. Skutek jest jednak zupełnie inny i nie z powodu liczby luf ani celności obsługi.
Kiedy zdobyte saskie działa biją w szwedzkie oddziały, oddziały te zmieniają front i wychodzą z linii ognia, bo są zbudowane tak, że potrafią to zrobić w kilka minut. Kiedy zdobyte cesarskie działa biją w tercje, tercje stoją.
Obaj dowódcy tego dnia robią to samo. Wynik jest inny, bo jedna piechota umie się obrócić, a druga nie. Położenie odwraca się teraz całkowicie i symetrycznie. Godzinę wcześniej odsłonięty bok mają wojska szwedzko-saskie, a przeciwko nim
idą tercje i zwycięska jazda. >> Teraz odsłonięty bok ma armia cesarsko-ligistowska. Jej jazda na jednym skrzydle jest zużyta i zeszła z pola, na drugim niczego nie osiąga. Artyleria jest utracona, a piechota stoi w otwartym polu pod ogniem z dwóch kierunków.
Różnica polega na jednym. Wojska szwedzkie z tego położenia wychodzą w kilka minut. Piechota cesarsko-ligistowska nie ma z niego żadnego wyjścia, którego zdołałaby wykonać. I tak stoją jeszcze około dwóch godzin. Potem wszystko kończy się w ciągu kilku minut.
O 6:00 wieczorem na otwartej równinie poniżej wzniesienia cesarska piechota stoi w miejscu już trzecią godzinę, a od godziny pod ostrzałem z dwóch kierunków. Nie robi przy tym nic innego. Nie strzela, bo przeciwnik jest za daleko dla muszkietu. Nie idzie do przodu, bo przed nią stoi nowy front, którego nie
przełamała za dnia. Nie odchodzi. Słońce jest już nisko. Do zachodu zostaje niewiele ponad godzinę, a nad polem wisi dym, przez który nie widać końca własnej linii. I wtedy w te nieruchome czworoboki wchodzą naraz jazda i piechota. Uderzenie jest podwójne i idzie z premedytacją.
Gustaw Horn, dowódca lewego skrzydła jazdy szwedzkiej, ten sam, który dwie godziny wcześniej ustawia nowy front pod kątem prostym do starego, prowadzi ostatnią szarżę. Równolegle brygada pułkownika Johna Hebberna, szkockiego dowódcy w szwedzkiej służbie, wchodzi natarciem piechoty, a król Szwecji Gustaw II Adolf
posyła na wsparcie brygadę niebieską z drugiej linii. Do tego dochodzi nieprzerwany ogień krzyżowy artylerii, zdobytych cesarskich dział z boku i szwedzkich dział Leenarda Torstensona z frontu.
Natarcie w takich warunkach odbywa się niemal po Omacku. Nikt nie widział całego pola od kilku godzin. Ludzie idą na huk i na to, co wyłania się z dymu na kilkadziesiąt kroków, a rozkazy przekazuje się nie głosem, lecz ruchem chorągwi i muzyką.
Po sześciu godzinach walki ręce muśkierów są czarne i pokaleczone od wycioru. W gardle nie ma śliny, w uszach jest głuchy szum, a zmęczenie jest takie, że utrzymanie kroku w szeregu wymaga więcej uwagi niż samo strzelanie.
Przy tym wszystkim ci ludzie nadal potrafią zatrzymać się na komendę, dać salwę i ruszyć dalej razem. A to jest jedyna rzecz, która w tym momencie odróżnia natarcie od tłumu idącego przed siebie.
Po kilkunastu minutach cesarski szyk przestaje istnieć jako szyk. Tercje ponoszą ciężkie straty i tracą spójność całkowicie, a to, co zostaje z armii, odchodzi w nieładzie. Ginie kilku dowódców regimentów. Wśród nich Ervitte i Kafarelli, a także
pułkownik Filip Papenheim, krewne dowódcy lewego skrzydła jazdy, który tego dnia nie wychodzi z pola. Oficer o nazwisku Koronini idzie do niewoli. Jazda odwodowa Ervittego i regiment Filipa Papenheima rozsypują się i uciekają w panice. Hrabia Tilly, dowódca
całości wojsk cesarsko-ligistowskich, zostaje ranny. ale uchodzi z życiem. Ranny zostaje również dowódca jego lewego skrzydła jazdy i również przeżywa. Obu bardzo często przypisuje się śmierć na tym polu, co jest błędem popularnych opowieści.
Rzecz, która w tym wszystkim wymaga wyjaśnienia, dotyczy tych trzech godzin przed ostatnim uderzeniem. Doświadczony dowódca widzi położenie bez zdobytej artylerii, bez jazdy na jednym skrzydle i z ogniem wchodzącym z boku, a mimo to jego piechota nie schodzi z miejsca, kiedy jeszcze może odejść z
zachowanym porządkiem. Odpowiedź nie leży w uporze ani w rozkazach, leży w samym szyku i trzeba ją powiedzieć wprost. Tercja nie umie się cofać. Odwrót takiej masy pod ostrzałem wymaga trzech rzeczy na raz.
Wymaga miejsca, żeby kilkadziesiąt szeregów miało gdzie się rozprowadzić. Wymaga czasu, bo ludzie z przodu muszą przejść między ludźmi z tyłu, żeby czworobok nie odwrócił się plecami do przeciwnika i wymaga umiejętności zmiany frontu, czyli dokładnie tego, czego ten szyk nie posiada.
Żadnej z tych rzeczy tego wieczoru nie ma. Zostaje więc jedyna czynność, którą Tercia wykonuje doskonale i wykonuje od st lat. stać. Spójność głębokiego szyku trzyma się przy tym na jednym warunku i warto go nazwać dokładnie.
Człowiek w 10 czy 20 szeregu nie widzi przeciwnika, nie widzi dowódcy i nie wie jak przebiega bitwa. Widzi przed sobą plecy stojących swoich i to jedno mówi mu, że szyk istnieje.
Dopóki luki zapełniają się szybciej niż powstają, czworobok wygląda tak samo z każdego miejsca wewnątrz. Kiedy ubytek z przodu staje się szybszy od nadchodzenia ludzi z tyłu, ten obraz się rozpada, a wtedy nie ma stopniowego słabnięcia.
Czworobok nie ugina się i nie cofa krok za krokiem. rozsypuje się cały i naraz, bo wszystkim jednocześnie znika to, na czym się trzymał. Stąd bierze się kształt strat tego dnia i teraz jest miejsce, żeby je wymienić. Armia cesarsko-ligistowska
traci 7600 zabitych i rannych oraz 6000 ludzi w niewoli, czyli razem około 13500. Przy czym w części rachunków liczby T podaje się z dodatkiem 3000 rannych i 3400 zaginionych. Traci również wszystkie 27 dział co do jednego. Straty
wojsk szwedzko-saskich wynoszą według głównego rachunku około 5500 zabitych irannych, a według innego 3500 Szwedów oraz 2000 Sasów. Spotyka się też ogólną ocenę na poziomie 2000, ale jest ona wyraźnie zaniżona, skoro w samej kanonadzie strona sojusznicza traci
około 2000 ludzi. Liczba jeńców jest w tym zestawieniu najbardziej wymowna i najrzadziej rozumiana. 6000 ludzi w niewoli to jedna z największych liczb jeńców, jakie zdarzają się w tej wojnie do tego dnia. I nie jest to skutek pościgu ani umiejętności zwycięzców.
Jest to skutek tego, w jaki sposób rozpada się głęboki szyk. Uciekający oddział wychodzi z pola jako oddział, zachowuje kierunek i część ludzi odchodzi razem. Rozsypana tercja to nie szyk w ucieczce. To kilkuset albo tysiąc kilkuset ludzi stojących
pojedynczo w otwartym polu wśród obcej jazdy, bez dowódcy, bez kierunku i bez szeregu, do którego dałoby się wrócić. Tacy ludzie nie uciekają, bo nie ma dokąd i dlatego trafiają do niewoli w liczbie, jakiej ta wojna wcześniej nie zna.
W rachunku całego dnia zmienia się przez to coś więcej niż wynik jednej bitwy. Armia, która przez 5 godzin nie popełnia żadnego wskazywalnego błędu, która osiąga na własnym prawym skrzydle sukces zupełny i zmusza połowę sił przeciwnika do zejścia z pola, nie odchodzi z równiny pobita. Odchodzi z niej
zlikwidowana, bez artylerii, bez jazdy na jednym skrzydle i bez piechoty zdonej stonąć w szyku następnego dnia. Szyk zbudowany tak, żeby nie dało się go złamać z frontu, ginie w całości, ponieważ walka przychodzi z boku. Armię
cesarską trzeba po tym dniu zbudować od nowa, od zera. A człowiek, który tę bitwę wygrywa, ma przed sobą niewiele więcej niż rok życia. Na polu, około 8 km na północ od Lipska stoi kamień.
Postawiano go w 1831 roku na 200 rocznicę, a napis na nim mówi, że wolność wiary dla świata została uratowana pod Brightenfeld przez Gustawa Adolfa, chrześcijanina i bohatera.
Ustawiają go ludzie, których tam nie było 200 lat po tym wieczorze, w zupełnie innej Europie i z zupełnie innych powodów niż te, które sprowadzają na tę równinę dwie armie. Zdanie to jest doskonałym świadectwem XIX wieku i bardzo słabym opisem X.
Bezpośrednie następstwa wyglądają bowiem całkowicie niereligijnie. Armię cesarską trzeba zbudować od nowa, od zera, a to znaczy nowych ludzi, nowe konie i nowe działa. >> Nowego żołnierza trzeba znaleźć, opłacić, ubrać i wyszkolić. A wyszkolenie zabiera miesiące, których
cesarz Ferdynand II nie ma. Konie trzeba kupić tam, gdzie jeszcze zostały, czyli daleko od wyjedzonych okolic po cenach wojennych. Działa trzeba odlać, a nie ma ich skąd wziąć, bo wszystkie 27 zostaje na polu.
6000 jeńców to z kolei 6000 ludzi, których ktoś musi pilnować, przenosić i karmić. O ich dalszych losach źródła mówią mało i nie warto tej luki zapełniać domysłami. Zmiana polityczna następuje szybko i idzie w jedną stronę. Protestantcy
książęta Rzeszy, którzy jeszcze rok wcześniej zamykają miasta przed szwedzkim królem i traktują go jako niepożądanego na jeźdźcę, teraz przystępują do niego jeden po drugim. Nie dlatego, że zmieniają przekonania, lecz dlatego, że zmienia się rachunek.
Armia, która jeszcze niedawno panowała nad Rzeszą, przestała istnieć, a ta druga stoi w polu i wygrywa. To pierwsze wielkie zwycięstwo strony przeciwnej cesarzowi w tej wojnie i po nim wojna wchodzi w fazę, w której żadna strona nie panuje już nad całością.
Ocena znaczenia tego dnia dzieli historyków do dziś i warto podać obie wersje. Według jednej Brightenfeld 1631 rok jest punktem przełomowym całej wojny. Według drugiej jest wielkim zwycięstwem, które nie rozstrzyga niczego ostatecznie i za tą wersją stoi
prosty fakt. Walki trwają jeszcze 17 lat, do 1648 roku, a rozstrzygnięcie przychodzi przy stole, nie na polu. Nie ratuje też tego, kto ten dzień wygrywa. W listopadzie 1632 roku, nieco ponad rok później król
Szwecji Gustaw II Adolf ginie w innej bitwie. pod Lucen, prowadząc uderzenie osobiście, tak jak prowadzi je tutaj. Hrabia Tillyi, dowódca wojsk cesarsko-ligistowskich, wychodzi z tego pola ranny, a umiera jeszcze przed nim, w następnym roku, od rany otrzymanej w innej bitwie. Obaj
odchodzą w ciągu kilkunastu miesięcy. Przeżywa ich obu jedna rzecz. Jest nią rozstrzygnięcie techniczne, o którym żaden z nich nie mówi w kategoriach, jakimi mówi o nim XIXwieczny napis.
Odpowiedź na pytanie, jak armia osiągająca pełny sukces na własnym skrzydle przestaje istnieć do wieczora, składa się z pięciu rzeczy, które trzeba zobaczyć obok siebie. Pierwsza 17 tercji po 1500 ludzi w jednej linii, głębokich na kilkadziesiąt
szeregów, przeciw brygadom głębokim na sześć szeregów ustawionym w dwóch liniach z własnymi działami przy regimentach. Szyk cesarski jest zbudowany tak, żeby nie dało się go złamać z frontu i przez 100 lat nie da się go złamać z frontu.
Ceną jest to, że nie umie się obrócić. Druga. Wiatr, dym i kurz idą w twarze wojskom szwedzkim. Ślepota kasuje całą ich przewagę. A żeby się od niej uwolnić, król przesuwa całą linię w prawo i tym samym odsłania skrzydło, na którym stoi wojsko saskie, zebrane kilka
tygodni wcześniej. Katastrofy nie sprowadza przypadek. Sprowadza ją własna decyzja podjęta z dobrych powodów i bez alternatywy. Trzecia. 18300 Sasów schodzi z pola w ciągu godziny od uderzenia na ich skrzydło, a razem z nimi elektor Jan Jerzy i
sojusznik sprzed sześciu dni. Nie jest to tchórzostwo. Jest to przewidywalne następstwo tego, że wojsko zebrano w kilka tygodni bez muszkietów i bez ćwiczeń. Pod ostrzałem ci ludzie wytrzymują. Uderzenia jazdy w szyku skośnym i podchodzących za nią tercji nie wytrzymuje nikt bez wyszkolenia.
Czwarta. Rozkaz, żeby druga linia i skrzydło Gustawa Horna utworzyły nowy front pod kątem prostym do starego. Wyłom zostaje zamknięty w kilka minut, bo nie jest to przebudowa armii, a obrót brygad i każda robi go sama u siebie.
Dwie godziny później dokładnie to samo dzieje się w drugą stronę. Jazda szwedzka wchodzi w lukę, zdobywa działa na wzniesieniu i obraca je przeciwko cesarskiej piechocie. A Lenard Torstenson przestawia szwedzką artylerię i bierze tercję w ogień krzyżowy. Obaj dowódcy tego dnia strzelają ze zdobytych dział przeciwnika. Wynik jest inny, bo
jedna piechota potrafi zmienić front, a druga nie. Piąta. 7600 zabitych i rannych, 6000 jeńców. Wszystkie działa i armia do odbudowy od zera. I tu leży rzecz, którą popularne opowieści omijają najczęściej. Szwedzka przewaga ognia jest prawdziwa, potwierdzona i
policzalna. Od trzech do pięciu salf na jedną cesarską. Ona odbija siedem szarż najlepszej jazdy w polu i nie rozstrzyga bitwy, bo po tych szarżach walka toczy się jeszcze trzy godziny. Rozstrzyga geometria. W bitwie wyłom dostają obie strony i pytanie brzmi tylko, która potrafi go zamknąć. Wniosek wojskowy
wyciągają z tego wszyscy i to szybko. W najbliższych dziesięcioleciach piechota europejska odchodzi od szyków głębokich w stronę linii o małej głębokości. Artyleria schodzi na poziom regimentu, a druga linia staje się stałym elementem ustawienia. Formuła o rewolucji w sztuce wojennej jest przy tym późniejsza i
sporna i lepiej mówić o konkretnych rozwiązaniach niż o rewolucji. Symboliczne domknięcie przychodzi 11 lat później. W 1642 roku na tym samym polu dochodzi do drugiej bitwy. Wojska szwedzkie znów rozbijają cesarskie, a dowodzi nimi człowiek, który w 1631
roku kieruje tutaj artylerią. Dziękuję państwu za uwagę i za czas poświęcony temu materiałowi. Jeśli był wartościowy, proszę o łapkę w górę i o subskrypcję kanału. To najprostszy sposób, żeby takie tematy trafiały dalej. Na koniec proszę stanąć na miejscu króla około 2:00 po południu.
Dym leci w twarzy państwa ludziom. Nie widzą celu ani sąsiada, a cała przewaga w ogniu przestaje działać. Uwolnić się od dymu da się tylko przez przesunięcie całej linii w prawo, ale wtedy odsłoni się lewe skrzydło, gdzie stoi 18000 SASów, zebranych kilka tygodni wcześniej i niemal bez muszkietów. zostaliby
państwo na miejscu, przyjmując ślepotę i rezygnując z celnego ognia, na którym opiera się cała ta armia?